Podsumowanie 2016 roku wg muzyków

Tym razem poprosiliśmy muzyków, aby podzielili się wydawniczymi wrażeniami z 2016 roku. Postawiliśmy na dowolność wyboru interpretacji, a więc typowanie z numeracją lub bez, rzeczowe lub z polotem referaty czy najkrótsze z możliwych uzasadnienia. W podsumowaniach najczęściej królowali Gojiria, Metallica, Wardruna, Opeth, Nick Cave i nieodżałowany Bowie, a na rodzimym podwórku Furia, Riverside, Arkona czy ARRM. Nie zabrakło wydawnictw niszowych i bardzo nie-metalowych, jak np. Bon IverMr. Oizo czy Scooter… Zapraszamy!


Kuba Brewczyński – wokalista Straight Hate

Świat:

1. Wormrot „Voices”

2. Coldworld „Autumn”

3. Rotten Sound „Abuse to Suffer”

4. Nails „You Will Never Be One of Us”

5. Cryptic Void „Psychomanteum”

plus:

6. Dead Congregations „Sombre Doom EP”

7. Trap Them „Crown Feral”

8. Gadget „The Great Destroyer”

Polska:

1. Ulcer „Heading Below”

2. Wędrujący Wiatr „O Turniach, Jeziorach i Nocnych Szlakach”

3. Arkona „Lunaris”

4. The Dead Goats „All Of Them Witches”

5. Fetor „Abandoned Hope’

plus:

6. Moanaa „Passage”

7. Eteritus „Following the Ancient Path”

8. Mentor „Guts, Graves and Blasphemy”


Konrad Ciesielski – perkusista Blindead, Octopussy, Tranquilizer

Na wstępie muszę zaznaczyć, że w 2016 roku z powodu pracy nad trzema materiałami (Blindead, Tranquilizer oraz Octopussy) większość płyt, jakich słuchałem, było z 2015 roku. Dlatego nie będzie tego wiele i lecimy od początku:

1. David Bowie „Blackstar”. Oczywiście pierw usłyszałem wielo-strukturowy utwór Black star i tutaj muszę przyznać, że to jest Opus Magnum. Takiego potwora, tak świetnie zagranego i zaaranżowanego to nie słyszałem od dawna, zainspirowało mnie to bardzo.

2. Gojira „Magma”. Jedyna płyta metalowa, której słuchałem w tym roku. Uwielbiam ich, i co by nie robili, jest to najwyższa półka. Ten album jest o tyle wyjątkowy, że posiada więcej ładunku emocjonalnego niż poprzednie, więcej melodii oraz śpiewu, coś dla mnie J

3. Nightrun87 „Starships”. Projekt mojego dobrego znajomego Williama Malcolma, który między innymi współtworzy kolektyw Tranquilizer. Obecnie Nightrun87 zajął się tak zwanymi 80’s. Synthwave naładowany pozytywną energią, ale również między wierszami melancholią harmoniczną.

4. Nick Cave And The Bad Seeds „Skeleton Tree”. Ta płyta zaś pomagała mi powiększyć doła, którego dostałem na wiosnę. Bez dwóch zdań, co zrobią razem, i co zrobi osobno Nick Cave, łykam bez zastanowienia.

5. ARRM „ARRM”Ależ to jest piękne, w oparach dymu „zatopion i ujebion” i zapętlić i od nowa.

6. Wardruna „Runaljod – Ragnarok”. Muzyka etniczna zawsze była mi bliska, ale od kiedy ten zespół zdobył popularność, ludzie odkryli, że nie musi być przaśna. Wiele oczywiście jest zespołów, które pokazały tę ciemną stronę, ale mówimy o roku 2016.

No koniec jednak muszę dodać, że płyta która zrobiła u mnie największe spustoszenie, została wydana w 2015 roku, ale słucham jej przez cały 2016 rok, i tak długo jeszcze nigdy żadna płyta u mnie nie wytrzymała. Dla mnie najważniejszą płytą tego roku jest:
Puscifer „Money Shot”.


Piotr Chmielecki – gitarzysta Koronal

Podsumowanie roku i od razu problem, wręcz panika… Nie jestem nałogowym słuchaczem nowości, nie kolekcjonuję też specjalnie muzyki. Jak coś mnie zaintryguje, to staram się zgłębić temat, a jak już go zgłębię, to na długo w nim tkwię. Poza konkretnymi/stałymi pozycjami traktuję czasem muzykę jako przelotną inspirację. Poszperałem w zwojach i oto są. Moje propozycje:

Świat:

Meshuggah „The Violent Sleep of Reason”. Giganci i tym razem nie zawiedli, chociaż głosy są podzielone. Nagle okazało się, że da się grać jak Meszu, używając lampowych wzmacniaczy, i nagrywając materiał na „setkę”. Świat stanął na głowie. Płyta inna od dotychczasowych, ale Szwedzi jak widać nie boją się ryzyka i kombinują.

Car Bomb „Meta”. Wcześniej nie znałem kapeli, ale polecał ją pewien redaktor, więc spróbowałem. Weszło bardzo dobrze. Świeże, połamane granie. Nie ma miękkiej gry. Tempo, nagłe zwroty akcji, groove. Bardzo dobre!

Snarky Puppy „Culcha Vulcha”. Nie. To nie metal. Znalezione przypadkowo i z miejsca wchłonięte. Jazz, zabawa, luz, groove, matematyka. Jak widać nie trzeba kowbojek i kapeluszy, będąc jednocześnie kapelą z Teksasu. Jest tu wszystko: sekcja dęta, klawisz, bas, gitary. Wirtuozeria i radość z gry. Bardzo smaczne granie!

Mr. Oizo „All Wet”. Elektronika. Lubię, jeśli jest intrygująca i groowiąca. Płyta z 2016 roku może nie jest najlepszą w dyskografii Francuza, ale patrzę przez pryzmat całej twórczości. Lubię.

Jinjer „King of Everything”. Ukraińska, dobrze już znana kapela, przed którą mieliśmy przyjemność zagrać razem z Koronal. Z reguły nie trawię damskich wokali, ale Tatiana robi to nad wyraz dobrze. Świetna muzyka i krzyk kobiety tutaj się nie wykluczają 🙂

Polska:

Hmm… Tutaj mam większy problem. Nie śledzę dokładnie metalowej sceny, a i w pozostałych gatunkach ciężko mi przypomnieć sobie, co fajnego mnie spotkało w tym roku. Jest jednak kilka kapel/muzyków, o których chciałbym wspomnieć:

The John Doe’s Burial „No Gods No Masters”. Solidna dawka death core/death metal. Zawodowy wokalista 🙂

Heresy Denied „Innerception”. Stylistyka jak wyżej. Młode chłopaki z Poznania. Zajebiście dają radę!

Trylion „Indigo”, „Poliphrenos”. Też Poznań, ale granie bliżej tego, co robi Meshuggah plus odrobina djentu. Chłopaki co prawda dopiero szykują LP, ale dotychczasowe EP są bardzo dobre. Polecam!


Jan Domański – basista Koios

Przeszukawszy pamięć i historię w odtwarzaczach z 2016 mamy: jestem bucem, zagranico, passerati itp. Wyszło mi, że z Polski w tym roku nic mnie nie urzekło, więc będzie rozszerzony „Świat”.

1. Fallujah „Dreamless”. Jestem fanboyem mocno tego zespołu, więc łykam wszystko, jak młody pelikan. Dużo spokojniej niż na doskonałym w mojej opinii „Flesh Prevails”, ale równie ciekawie. Dużo więcej przestrzeni, trochę eksperymentów z elektroniką, (o zgrozo :)), damski feat.w singlu. Smaczne acz, uwaga, trzeba się wgryźć – pierwsze przesłuchanie nie powaliło. Mój tegoroczny numer 1.

2. El Huervo „Vandereer”. Tegoroczny album malarza/producenta Niklasa Akerblada. Jak zwykle instrumentalny chillout i relaks, trochę pustynia, trochę zatłoczone miasto, bardzo polecam na momenty, kiedy ma się dość metalu (chyba że się nie ma, to nie polecam). Warto było czekać 3 lata.

3. Cult of Luna & Julie Christmas „Mariner”. Płyta, do której nie mogłem się długo przekonać, właśnie przez wokal Julie Christmas, ale w końcu, przez sentyment do CoL, zagościła na dłużej w odtwarzaczu. I weszła. I to mocno. Może nie arcydzieło, ale zdecydowanie album wart uwagi.

4. Neurosis „Fires Within Fires”. O takie Neurosis … Część osób fuka, lecz mi się bardzo podoba.

5. Gorguts „Pleiades’ Dust”. Gorguts dowozi ponownie. EPka to jeden masywny numer, ale za to jaki. Ile razy bym tego nie puszczał, zawsze znajduję coś nowego, w innym miejscu.

6. Sumac „What One Becomes”. Drugi LP składu Aarona Turnera. Ciężka wędrówka przez częściowo improwizowane sludge/noise, ale wędrówka bardzo, bardzo satysfakcjonująca.

7. The Dillinger Escape Plan „Dissociation”. Pożegnalny DEP. Właściwie wszystko czego można się po DEP spodziewać i troszkę więcej. Aha, bardziej One Of Us Is The Killer niż Calculating Infinity.

8. Meshuggah „The Violent Sleep of Reason”. Nowe meszugi po trochę nieudanym Kolosie powrót do formy.

9. Crowbar „The Serpent Only Lies”. Męskie łzy, co miałem to oddałem/zjadłem, Crowbara przedstawiać nie trzeba. Jest ciężko, jest grubaśnie.  Crowbar jak wino.


Evil – basista i gitarzysta Sauron

Świat:

1. Wardruna „Runaljod – Ragnarok”. Magiczna płyta. Dla mnie jest właściwie pierwszym, tak dogłębnym zanurzeniem się w świat dźwięków oferowany przez Einara i Lindy-Fay. Płyta zapewniła mi dużo emocji i ma chyba u mnie najwyższy licznik odtworzeń pośród tegorocznych nowości. Super będzie przeżyć te historie na żywo (lokalny koncert mam już w styczniu).

2. Hail Spirit Noir „Mayhem in Blue”. Tę płytę odkryłem przypadkowo i była dla mnie sporym zaskoczeniem. Bardzo ciekawe połączenie (post) blackmetalu z psychodelą lat 70. W momencie pierwszego zauroczenia gotów byłem niemal wynieść ich na ołtarze, ale jednak szybko się tym nagraniem zmęczyłem. Niemniej będę do niego wracał i już cieszę się na ich występ podczas przyszłorocznego festiwalu Inferno.

3. Blood Ceremony „Lord of Misrule”. Psychodeliczny rock w najlepszym wydaniu. Kocham za brzmienie, wokale Alii O’Brien i jej cudowne zagrywki na flecie poprzecznym. Serwowany przez Blood Ceremony mroczny klimat przywodzi mi na myśl wczesne filmy Polańskiego, czy trylogię Omen. Zdecydowanie moja herbatka!

4. Anaal Nathrakh „The Whole of the Law”. Żeby nie było, że skupiam się wyłącznie na retro-brzmieniach i przestrzeniach – tym razem trochę wpierdolu. Ależ na tej płycie jest zniszczenie! Słuchając jej, czuję jak zaczynam się samowolnie pienić i czernieje mi podniebienie! Uwielbiam! Działa niezawodnie zawsze, gdy potrzebuję kopa na przebudzenie. Cover Ironów również wyśmienity!

5. Khemmis „Hunted”. Bardzo fajny, oldskulowy doom z wyśmienitym brzmieniem, chwytliwymi melodiami oraz pełnym smutku i nostalgii wokalami. Nie znałem poprzednich płyt, ale moją uwagę zwróciła wyśmienita okładka Sama Turnera. Super pozycja do puszczenia w tle.

Polska:

1. Furia „Księżyc Milczy Luty”. „…W końcu jeden z czartów wpadł na pomysł, by postawić zwierciadło przed aniołami albo i samym Bogiem. Zabrały je zatem i poleciały w kierunku nieba. Jednakże, gdy były już bardzo blisko aniołów i Boga, lustro wypadło im z łap i spadło na ziemię, rozbijając się na miliardy maleńkich okruszków. Co to było za nieszczęście! Bo każdy okruszek, tak, jak normalnej wielkości lustro, odbijał świat, czyniąc go wstrętnym i strasznym. Najgorsze jednak było to, że wiele z tych odłamków wpadło do ludzkich oczu – wtedy taka osoba zaczynała widzieć wszystko już tylko na opak, odbite w diabelskim lustrze, krzywe, złe i brzydkie. Niektórym kawałki wpadały do serca, które zamieniało się w kawałek WĘGLA – taka osoba nie czuła już nic. Jeśli wcześniej kogoś kochała, teraz nie pamiętała nawet jego imienia; jeśli jej na czymś zależało, teraz było jej to całkowicie obojętnie!…”

2. Thy Worshiper „Klechdy”. Ta płyta jest wybitna i wyjątkowa na tylu płaszczyznach, że aż niemożliwym jest uzasadnić ten wybór w kilku zwięzłych zdaniach. Może wystarczy, jeżeli napiszę, że kupiłem już kilka egzemplarzy i rozdałem je kolegom z nieukrywaną dumą, dzieląc się zajebistością tego albumu.

3. Wędrowcy, tułacze, zbiegi „Światu jest wszystko jedno”. Polska scena roku 2016 ocieka wręcz awangardą. Ukazało się bardzo dużo bardzo mocnych strzałów, które zdecydowanie plasują się w światowej czołówce i przede wszystkim – oferują własny przekaz, który w wielu przypadkach może istotnie wpłynąć na dalszy rozwój całego nurtu. WTZ to idealny przykład twórczości pełnej własnej interpretacji i osobistego przekazu. I chociaż stylistycznie zdawałoby się operują w trochę innych obszarach – dla mnie to właśnie jest najczystszy black metal, muzyka, która w założeniu jest ciągłym poszukiwaniem nowego, przełamywaniem stereotypów i zapisem kolejnych etapów na ścieżce samorozwoju. BDB+!

4. ARRM „ARRM”. Mój imiennik zdecydowanie nabiera wiatru w żagle, a obserwacja jego kunsztu nawigacji wśród oceanów dźwięku jest czystą przyjemnością. ARRM to kolejny projekt, w którym Artur Rumiński udowadnia jak wiele można wygrać, będąc muzykiem i kompozytorem otwartym na muzykę – bez sztucznych ograniczeń gatunkowych czy ideologicznych, które często sami sobie narzucamy, pozbawiając się tym samym wielu wspaniałych wrażeń i doświadczeń. Delektując się brzmieniami wykreowanymi przez niego w tym roku, już usycham z ciekawości, czym zaskoczy nas w następnym 🙂

5. Sauron „Wara!”. Uwzględnianie w tego rodzaju rankingach własnej twórczości może być poczytane za objaw arogancji ocierającej się wręcz o lizanie się po jajach, ale oddając sprawiedliwość faktom – jest to polski album, któremu poświęciłem w tym roku zdecydowanie najwięcej uwagi. I chociaż nie ma szans, żebym choć przez chwilę mógł ocenić go inaczej niż subiektywnie – uważam że wyszedł nie najgorzej i bez kompleksu może się tu znaleźć.


Piotr Gibner – wokalista Moose The Tramp

Anno Domini 2016 to najlepszy muzycznie rok dekady… wiem to z przekazów prasowych i od znajomych. Pod koniec roku ubiegłego Michał (Zielone Ludki) stwierdził, że kiedy komponuje, nie słucha nowej muzyki, by zmaksymalizować swój pierwiastek w procesie twórczym i tym samym inspiracje możliwie zmniejszyć do minimum. Jako że rok bieżący spędziłem wraz z kolegami na kończeniu płyty Moose The Tramp, to tę ideę wziąłem sobie do serca i pierwszy raz w życiu – pomimo że rok tłusty i wiele delikatesów kusiło – starałem się konsumować jak najmniej świeżych wyrobów kultury muzycznej. Było bardzo ciężko. Po drodze zdarzyło się nie wytrzymać i błysnęła do mnie pożegnalna „Czarna Gwiazda” Davida Bowiego, popluskałem się w basenie Radiogłowych i oślepiła mnie troszku Kasia Nosowska z nowym Heyem, ale zasadniczo starałem się być czysty. Teraz, chociaż detoks zakończony już, to nie zdążyłem skosztować jeszcze nowych Meshuggah, Massive Attack czy The Dillinger Escape Plan, także na wstępie wypada odnotować, że nie jestem wielkim erudytą muzycznym jeśli chodzi o rok 2016, i dlatego też skupię się na dwóch zasadniczo świeżych płytach.

Krzysztof „Zalef” Zalewski „Złoto”. Artysta nagrał drugą z rzędu już płytę życia, czyste „Złoto”. Że pan Krzysztof wielkim artystą jest, przekonywać trzeba tylko tych, co nie przesłuchali „Zeliga”, ale nawet jeśli już znajdzie się ktoś (teoretyzuję teraz), kogo ów krążek nie przekonał, to „Złoto” już na pewno połknie każdy. Taka tautologia. O warstwie muzycznej może nie będę tu prawił, bo jak mawiał barokowy kompozytor Francesco Zappa, pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze, ale muszę choć kruszek o tekstach nadmienić… Zawsze dziwiło mnie porzekadło hinduskie, że spotkać człowieka, co nie ma duchowego mistrza, jest gorsze od skrzyżowania dróg z tygrysem. Może nie jestem tytułowym bohaterem ostatniego krążka naszego towaru eksportowego Behemoth, ale idea ścieżki lewej dłoni i kwestionowanie autorytetów są mi bliskie. Nigdy nie lubiłem, jak ktoś mi śpiewa „jak żyć”, już lepiej w mej opinii kupić audiobook z jakimś poradnikiem lajfstajlowym. I tu mi pan Zalewski zaimponował, że pomimo niekwestionowanej mądrości, co z liryków bije, tak dużo tu mamy skromności. Płyta pokazuje, że można jednak w nie tani sposób odnosić się do tematów z pierwszych stron pismaków, jak w piosence Uchodźca, a jednocześnie ani nie powtarzać po raz kolejny zasłyszanych frazesów, ani nie prowokować dla prowokacyj samych, jak to ma Peszek czynić i wielu innych wykonawców. Zazdroszczę wrażliwości.

Bon Iver „22, A Million”. Globalną perspektywę przyjmując, dla mnie to najważniejsza płyta tego roku. Przyznam się, że miałem bardzo wyśrubowane oczekiwania po kolejnej płycie…ich (jego?) poprzednik to chyba najważniejsza płyta dla mnie ever. To po tej płycie (i ich koncercie na niegdysiejszym Heinekenie w Gdyni) do-powiedziałem sobie, że jestem w takim miejscu emocjonalnie, że nie chce grać za bardzo metalu. To ta płyta od pięciu lat regularnie biła z moich głośników częściej niż jakakolwiek nowość. Myślę, że gdyby nie poprzedni album z 2011 roku, nie obejrzałbym się nawet za 22, A Million”. To bardzo ciężki twór, przynajmniej jeśli porównywać go z poprzedniczką. Owszem, łatwo znaleźć można podobnie piękne melodie, ale o ile taki hymn jak Holocene rywalizował o bodaj najbardziej prestiżową nagrodę muzyczną na świecie, tj. Record of the Year w ramach 54. gali Grammy, a połowa piosenek z płyty jest tak zwiewna, że mogłaby służyć za muzak w windzie jakiegoś biurowca, tak „22, A Million” wzbudza poczucie niepokoju i wymaga bardzo dużego wysiłku, atencji. Na początku sceptycznie, po kilku przesłuchaniach miałem łzy w oczach, przy 666, rzecz idzie o potrzebie modlitwy, a przecież niewierzący jestem, miałem ciarki od rowka aż po kark, kiedy Paulo Nuttini z sampla dośpiewuje „we find god and religion” w 33 „God”.  Dla mnie to płyta o poszukiwaniu duchowości, jakiejś kosmicznej mądrości. Tak osobisty proces, musiał mieć tak sprywatyzowaną, duszną i lekko klaustrofobiczną formę. Miód… ale miód z octem. 


Artur „Paluch” Grassman – basista/wokalista Squash Bowels

Polska:

1. The Dead Goats „All Of Them Witches”. Podoba mi się droga, jaką zespół obrał. Nie jest to oryginalne granie, ale tak grać trzeba umieć i czuć to. Niebagatelny zespół na rynku polskim..

2. Christ Agony „Legacy”. Znam ten zespól praktycznie od początku samego istnienia. Kiedy mieszkałem w Polsce, w Białymstoku, chodziłem na ich koncerty, dopingowałem… Ale to nie sentyment z mojej strony umiejscowił ich na tym miejscu w moim rankingu. Cezar nagrał po prostu świetnie brzmiącą płytę, dużo na niej emocji. Rozumiem też czemu Daray nagrał gary…

3. Tides From Nebula „Safehaven”. Ten zespół wkurzył mnie trochę swoimi akcjami na FB… ale zrehabilitowali się tą płytą, powiedzmy wrócili do moich łask.

4. Blindead „Ascension”. Bardzo ciekawa grupa na naszym podwórku. Szukają czegoś co ich zadowoli, nie chcą powielać, poruszają się po miękkim gruncie, ale na razie wiedzą, jak mają po nim stąpać.

5. Straight Hate „Every Scum is a Straight Arrow”. Bardzo dobra płyta. Nie jest co prawda nowatorska, jak i brzmienie, ale tak nikt tu jeszcze nie grał. Piąte miejsce w moim rankingu tylko ze względu na wokale, które według mnie można było zrobić dużo lepiej.

Świat:

1. Wromrot „Voices”. Ten zespół to potężna petarda, jak nagrają, tak brzmią na koncertach, nie ma większego jebnięcia!!!

2. Asphyx „Incoming Death”. Naprawdę nie spodziewałem się aż tak dobrze nagranego albumu od tych wariatów, ale po pierwszych dźwiękach nogi rwą same do tańca!

3. Malignant Tumor „The Metalist”. No lubię! No bardzo lubię! Taki rock and roll jest potrzebny w każdym domu! Ten zespół jest tak uniwersalny, że każda płyta zajmuje wysokie miejsca, oni wiedzą… oni po prostu wiedzą, co ma być i jak!

4. Urfaust „Empty Space Meditation”. Klimat, klimat, klimat … uwielbiam, uwielbiam takie granie, nie jest to taki sam wpierdol, jak grindcore, ale za każdym razem, jak słucham kolejnej płyty Urfaust, to wciąga mnie ich klimat…

5. Inquisition „Bloodshed Across The Empyrean Altar Beyond The Celestial Zenith”. Nie mogłem się spodziewać słabej płyty od tego duetu, idą czołgiem i nie biorą jeńców. Trochę mi jednak brakuje transowych riffów, które zapętlały się i tłukły po bani aż do momentu, jak nastała cisza…


Jacek Hiro – gitarzysta Sceptic, KAT & Roman Kostrzewski, Voodoo Gods

Szczerze powiedziawszy, miałem obawy, czy uda mi się pozbierać wystarczającą ilość płyt, które w tym roku zrobiły mi dobrze :). Oczywiście kilka od razu się nasunęło, ale było to zdecydowanie za mało. O ile z polskimi wydawnictwami nie było kłopotu (wiadomo, że u nas najlepiej), to skompletowanie zagraniczniaków stanowiło już wyzwanie. Może jestem zbyt wybredny, a może po prostu się nie znam, ale od dłuższego czasu ani stare bandy, ani nowe wytwory rynku muzycznego nie są w stanie zaspokoić moich oczekiwań… W tym roku przynajmniej staruszki stanęły na wysokości zadania.

Świat:

1. Megadeth „Dystopia”Jak dla mnie rewelacja!!!

2. Gojira „Magma”Nie spodziewałem się po nich czegoś tak fajnego. Stara Gojira mi „nie robi”.

3. Testament „Brotherhood of the Snake”Zdarzały się im lepsze płyty, ale Testament zawsze na plus…

4. Metallica „Hardwired… To Self-Destruct”Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale uważam, że choć stać ich na więcej, to w końcu krok w dobrym kierunku.

Polska:

1. Vader „The Empire”. Jak zwykle dostałem wpierdol!!!

2. The Sixpounder „True To Yourself”Są bandą patałachów 🙂 ale płyta super. Trochę zbyt grzeczna, jak na mój gust, ale i tak mnie kupili… po raz kolejny zresztą.

3. Blindead „Ascension”Urocze. Mimo że Patryk zdezerterował i trochę mi go brakuje, to jednak coraz bardziej przyzwyczajam się do Piotrka i jest dobrze.

4. Topielica „Uroczysko”Cezarze! Tego się po Tobie nie spodziewałem. Śliczne 🙂

5. Triagonal „Dichotomy of Mind”Remo i spółka… Lubię, kiedy starzy przyjaciele przypominają sobie, że napierdalanie metalu to fajna sprawa. Powodzenia!!!


Maciej Karbowski – gitarzysta Tides From Nebula

No to tak, wymienię po prostu kilka ulubionych albumów wydanych w tym roku:

Radiohead „A Moon Shaped Pool”. Radiohead nie zawodzi, nie jest to ich najlepszy album, ale ciężko znaleźć zespół, który choć trochę zbliży się do ich poziomu. Widać, że kapela myśli kompletnie niekomercyjnie, z takim statusem mogą sobie na to pozwolić.

Deftones „Gore”. Album zdecydowanie bardziej melodyjny, chyba Chino miał więcej na nim do powiedzenia muzycznie. Ciekawe jest to, że z całej tzw. sceny „nu-metalowej” pozostało kilka naprawdę wartościowych niedobitków, jak Incubus czy Deftones właśnie. A co to właściwie był ten „nu-metal”?

M83 „Junk”. Hit na hicie, super produkcja, zero zasad. Słychać dobrą zabawę i wybitny zmysł do melodii.

HEY „Błysk”. Począwszy od płyty (sic!), każda kolejna produkcja rodzimego Heya, to dla mnie wydarzenie. Ostatni album nie jest może moim ulubionym, ale jest na nim kilka perełek. To ciekawe, jak bardzo na przestrzeni lat ten zespół ewoluował.

Lonely The Brave „Things Will Matter”. Lonely The Brave aż poraża autentycznością, pierwszy od wielu lat nowy zespół rock&roll’owy, któremu całkowicie wierzę. Szczerość, szczerość i jeszcze raz szczerość.


Dariusz „Daron” Kupis – gitarzysta Frontside, One Shot Eye

Jestem fanem muzyki odkąd pamiętam, uwielbiam dźwięk, jaki wydobywa się z głośników w każdej postaci (no, prawie każdej:)). Szczególnie bliska jest mi muzyka metalowa. Rok 2016 pokazał, że ten nurt muzyczny ma się świetnie i nie zamierza składać broni. Choć żniwo kostuchy jest bezlitosne, i co jakiś czas dopada nas wiadomość o śmierci muzyka, musimy się z tym zmierzyć i wierzyć, że nasi idole będą żyli długo i szczęśliwie. Dzięki muzyce pamięć o nich będzie wieczna i niech tak zostanie.

Moich pięć płyt zagranicznych postanowiłem nie numerować, gdyż każda z nich jest dla mnie wyjątkowa. To produkcje dojrzałe i pełne muzycznych smaczków. Każda z tych kapel nie musi już nikomu nic udowadniać, robią swoje i robią to znakomicie. Brzmieniowo to klasa sama w sobie i doskonała robota w studio. Jeśli takie owoce będzie płodzić metalowe drzewo, to jestem spokojny o dominację nad światem.

Świat:

Megadeth „Dystopia”

Testament „Brotherhood of the Snake”

Metallica „Hardwired… to Self-Destruct”

Avenged Sevenfold „The Stage”

Gojira „Magma”

W Polsce też się działo, weterani nie zawodzą, a młodzież depcze im po piętach. Na uwagę zasługuje na pewno materiał MoshMachine, który agresją i pełnej pasji przekazem wbił mnie w fotel, zostałem przejechany przez moshową maszynę bez litości. Świetnie się czuję, wiedząc, że my, Polacy, tworzymy takie dobre rzeczy, odpalam te płyty i wiem, że dostaję jakość, która – choć w niektórych przypadkach się dopiero kształtuje – napawa optymizmem, że kolejne produkcje będą jeszcze lepsze i pełnoprawnie zapiszą się w historii naszej rodzimej sceny. Gratuluję!

Polska:

Vader „The Empire”

MoshMachine „Tożsamość”

Afterload „Rise Above”

Spirits Way „Devoid of Morality”

Drown My Day „Nightmare Become Reality”.


Piotr Pieza – wokalista Blindead

Świat: 

1. Dawid Bowie „Black Star”. Przyznam, że nigdy nie należałem do oddanych słuchaczy twórczości Bowiego. Rzecz jasna zawsze poważałem jego wizjonerstwo i wkład w rozwój muzyki, jednak nigdy dotąd nie przyswajałem jego dokonań w stu procentach. Black Star jednakże pochłonął mnie bez reszty. Od początku do końca. Odbiór całości potęguje świadomość tego, że artysta, nagrywając ten album wiedział, że żegna się nim z światem żywych. Trzymając się astronomicznej nomenklatury, Bowie odszedł tak, jak masywne gwiazdy. W rozbłysku supernowej. Wybaczcie zamierzoną patetyczność.

2. Nick Cave & Bad Seeds „Skeleton Tree”. Kolejny album ze śmiercią w tle. Dla niektórych  będzie zbyt ubogi aranżacyjnie, zwłaszcza po doskonałym Push The Sky Away. Inni zarzucą mu próbę monetyzowania osobistej tragedii. Dla mnie to przejmujące studium cierpienia człowieka. Cały ten minimalizm w kompozycjach, ten nie do końca obecny i zdystansowany Cave, ta cała wyzierająca pustką przestrzeń w aranżacjach jest tożsama z pustką po stracie bliskiej osoby. Mnie żałoba imć Cave’a ujęła.

3. Bolzer „Hero”. Duet z Zurychu i tym razem udowadnia, że są sprawnym, dobrze działającym mechanizmem i jednym z najciekawszych zespołów metalowych w ogóle. Szwajcarska precyzja.

4. Gojira „Magma”. Odważny, bezkompromisowy album. Zespół pokazał dobitnie, że nie zamierza kisić się w kajdanach konwencji i ograniczeń stylowych. I co, że czyste wokale, i że czasami lżej. Magma to dzieło kompletne i ostatecznie gruntujące pozycje Francuzów w panteonie największych grup metalowych na świecie. Jakże ostatnimi czasy modne i jak nigdy na miejscu: chapeu bas!

5. Iggy Pop „Post Pop Depression”Patrząc na muzyków, którzy ten album tworzyli, nie miał on teoretycznie prawa się nie udać. QOTSA’owe gitary Homme’a i coraz bardziej starczy, przypominający wręcz późnego Cage’a wokal Iggy’ego, okazują się znakomicie komplementarne. Esencja amerykańskiego grania.

Polska:

1. Furia „Księżyc Milczy Luty”Nie będę ukrywał, że ze wszystkich „odnóg” muzyki metalowej najdalej mi do tej z przedrostkiem „black”. Owszem, są pojedyncze utwory i albumy, które lubię/poważam/szanuję, ale generalnie nie jest to bliska mi stylistyka. Być może właśnie to, co dla fanów klasycznego podejścia do tego typu grania będzie stanowić o wadach tego wydawnictwa, dla mnie jest jego najmocniejszą stroną. Furia w swoich rozbudowanych kompozycjach śmiało przekracza granice stylowe, dając nam w efekcie dzieło tak zaskakujące, jak i porywające swoim odświeżającym podejściem do gatunku.

2. Sunnata „Zorya”. Mógłbym o tym albumie długo, ale napiszę krótko: Kopie! I to strasznie. Mnie kupili totalnie. Gorąco polecam!

3. ARRM „ARRM”. Zdarza się, że pojawia się album, który przyjmujemy bezkrytycznie, w całości, na którym nie zamienilibyśmy ani jednego dźwięku. Mam tak z tym wydawnictwem. Niby nic odkrywczego, niby wszystko już gdzieś było, ale tu jest to podane to tak, że nie sposób wyobrazić sobie, że można byłoby to zrobić inaczej. Doskonałe słuchadło!

4. Lonker See „Split Image”. Ktoś mógłby mi w tym miejscu zarzucić kumoterstwo. Nie jest tak, bynajmniej! Fakt, że się znamy to tylko wartość dodana, bowiem mogę osobiście pogratulować im albumu, do którego wciąż wracam i wracać będę. Ta szamańska, transowa fuzja jazzu i rocka sprawdza się zwłaszcza na koncertach. Zajżyjcie koniecznie, jeśli będą grać gdzieś u was w okolicy.

Z racji tego, że ilość tekstu jest ograniczona, a ilość dobrych, polskich wydawnictw w tym roku była powalająca, piątą pozycję rezerwuję zbiorczo na honorowe wyróżnienia. The Pineapple Thief Your Wilderness”, Riverside „Eye Of The Soundscape”, Lotto „Elite Feline”, Tides From Nebula „Safehaven”, Ampacity „Sum Of All Flaws”, Obscure Sphinx „Epitaphs”, Moanaa „Passage”, wymieniając tylko kilka. Wszystkie te pozycje są godne uwagi i dowodzą, że polska scena ma się doskonale. Z tym większą niecierpliwością oczekuję muzyki, którą przyniesie nam rok 2017.


 Maciej Proficz – wokalista Dormant Ordeal

1. David Bowie „Blackstar”. Ukazała się na samym początku roku i od tamtego momentu byłem pewien, że nic jej nie pobije, i tak też się stało. To jest istny muzyczny, ale też obrazowy (teledyski!!!) majstersztyk. Przepadłem w tym albumie totalnie od samej premiery, a kilka dni później, kiedy David umarł, Blackstar zyskał dodatkowe, drugie dno i całkowicie zmienił mój sposób patrzenia na niego. Płyta doskonała od początku do końca, mroczna, smutna i jakże dosłowna. Bo jak inaczej postrzegać fakt, że artysta, komponując płytę i nagrywając ją, żegna się ze światem, a umiera dwa dni później? No i do tego zdecydowanie najlepsza piosenka roku 2016 – tj. utwór tytułowy.

2. Nick Cave and The Bad Seeds „Skeleton Tree”. Kolejna, posępna pozycja naznaczona piętnem śmierci, tym razem osoby niezwiązanej bezpośrednio z samym albumem. Nick Cave zaczął komponować album, kiedy wszystko w jego życiu było „normalne”, a skończył po śmiertelnym wypadku swojego syna. Smutek, rozpacz, to uczucia, które zdominowały Skeleton Tree, a całość od początku do końca absolutnie hipnotyzuje i nie pozwala oderwać się na moment od głośników. Wspaniały album, pomimo tragicznych okoliczności, w których powstawał.

3. Cult of Luna & Julie Christmas „Mariner”. Obraziłem się na CoL po słabym Vertikalu, a jeszcze bardziej po – moim zdaniem – bezpłciowym koncercie w Krakowie ponad 2 lata temu. Na szczęście powrócili z dziełem fenomenalnym, poziomem dorównującym swoim najlepszym dokonaniom jak Somewhere along the highway, czy Salvation. Wokale Julie Christmas tchnęły w zespół mnóstwo świeżości i pomimo braku jakiejś kompozycyjno-brzmieniowej rewolucji, płyty słucha się wybornie i fascynująco. Chyba najczęściej słuchana przeze mnie metalowa płyta w mijającym roku.

4. Leonard Cohen „You want it darker”. Zaczęliśmy mrokiem i śmiercią, i dalej się tego trzymamy. To zdecydowanie najciemniejsza ze wszystkich płyt Cohena, którą – tak jak David Bowie na początku roku – pożegnał się z tym światem. I pozostawił na sam koniec kawał pięknej muzyki, przejmującej i wciągającej. O ile w Blackstar dominuje w dźwiękach raczej pewien strach przed nadchodzącą śmiercią, o tyle w przypadku albumu Cohena jest to raczej spokojne poddanie się nieuchronnemu. Prawie cały listopad jej słuchałem i nadal często do niej wracam.

5. Sturgill Simpson „A Sailor’s guide to Earth”. Sturgill pomimo dość młodego wieku i wciąż niewielkiego dorobku płytowego, już w pewnych kręgach uznawany jest za kultową postać muzyki country. Przede wszystkim jest kontynuatorem słynnego nurtu outlaw i artystycznym spadkobiercą takich postaci, jak Waylon Jenings, Johnny Cash czy Merle Haggard. Ale co najważniejsze wprowadza do tego nurtu całkowicie nową jakość, ciekawe pomysły i odważnie żegluje po oceanie muzycznych inspiracji. Potwierdza to na swojej kolejnej, świetnej płycie, tym razem dedykowanej nowo narodzonemu synowi muzyka, co znajduje swoje odzwierciedlenie w tekstach i muzyce.

Polska:

1. Niechęć „Niechęć”. Naczekałem się aż cztery lata na następcę genialnego „Śmierć w miękkim futerku” i warto było. Mroczny, psychodeliczny, pokręcony jazz, czasem wyrywający się gdzieś w rejony szeroko pojętego rocka, który był obecny już na debiucie zespołu, tym razem sięga jeszcze głębszych regionów podświadomości słuchacza. Płyta wciągająca od pierwszej do ostatniej sekundy. Co tu dużo pisać, trzeba posłuchać. Zdecydowanie najlepsza pozycja wśród polskich premier roku 2016.

2. Sorry Boys „Roma”. Zahaczam w pewien sposób o mainstream, bo album pojawia się regularnie w rozgłośniach radiowych, ale zdecydowanie zasłużenie, bo słuchanie go to czysta przyjemność. Rewelacyjne partie wokalne Izabeli Komoszyńskiej, ciekawe, oparte mocno o muzykę ludową aranżacje, świetne brzmienie, bardzo dobre teksty… Sorry Boys po raz trzeci udowadnia, że są zespołem na polskiej scenie niebanalnym i wartym śledzenia, a ich muzyka konsekwentne wyrywa się ze sztywnych określeń typu: alternatywny rock/pop. Płyta kręci się bardzo często w moim odtwarzaczu, polecam gorąco sięgnięcie po nią.

3. Furia „Księżyc Milczy Luty”. Nie śledziłem dokładnie zapowiedzi wydawniczych i byłem przekonany, że Furia planuje wydanie jedynie mini-albumu Guido w tym roku (swoją drogą wyjątkowo udanego), aż tu nagle pojawił się ten longplej. Nihil i spółka po raz kolejny zagrali na nosie zarówno fanom, jak i przeciwnikom swojego zespołu. „Księżyc…” to chyba najbardziej kontrowersyjny album mijającego roku, i bardzo dobrze. Znów nie boją się przekraczać granic gatunku, znów tworzą nową jakość, a przede wszystkim wciąż wiadomo, że to Furia.

4. Jachna/ Mazurkiewicz/ Buhl „Dźwięki ukryte”. Wspaniałe, hipnotyczne improwizacje, nagrane w murach bydgoskiej synagogi, gdzie jazz spotyka się z elektroniką, chaos i szaleństwo z spokojem i wyciszeniem. Wspaniały album, wymagający jednak stu procent zaangażowania słuchacza. Najlepiej wieczorem, w wygodnym fotelu z dobrymi słuchawkami lub zestawem stereo. Warto chłonąć każdy dźwięk.

5. Ulcer Uterus „Cursed Saints”. Płyta zdecydowanie niedoceniona w roku 2016, bo zasługuje na większy rozgłos po premierze. Pewnie na jego brak miał wpływ długi czas oczekiwania na premierę, wszak jest to pierwszy album zespołu po ośmiu latach od nagrania debiutu, dodatkowo materiał sporo przeleżał na półce po nagraniach, zanim oficjalnie ujrzał światło dzienne. Death metal wysokich lotów, bardzo dobre riffy, ciekawe aranżacje, wszystko brutalne, napakowane energią, szkoda tylko, że brzmienie całości pozostawia wiele do życzenia, bo słuchałoby się tego znacznie lepiej. Niemniej jednak, album bardzo dobry i wśród metalowych zdecydowana, polska czołówka.


Robert „Rob” Ruszczyk – perkusista Sunnata

Bez numeracji, kolejność alfabetyczna:

Polska:

ARRM „ARRM”. Ascetyczne, atmosferyczne granie, którego bardzo mi brakowało. Pachnie Ziemią. Świetny debiut.

Fertile Hump „Dead Heart”. Papierosy na śniadanie i lekko zachrypnięte, wrzynające się w pamięć refreny. Dobre piosenki na wiele okazji, także tych niedobrych.

Furia „Księżyc Milczy Luty”. Soundtrack do bezcelowego włóczenia się po hałdach. Tym albumem oraz „Guido” Furia pokazała, że można tworzyć black metal, nie grając black metalu.

Lotto „Elite Feline”. Prawdopodobnie najdłuższe intro nagrane w tym roku. Czekam na pełnoprawny album. Intro 10/10.

Mentor „Guts, Graves, Blasphemy”. W roku, w którym wiele rodzimych zespołów eksperymentowało w różnych kierunkach, pojawił się Mentor. Nic nie powiedział. Zrobił swoje i poszedł. Bardzo dobry debiut, udanie wtórny i świetnie przyswajalny.

Świat:

SubRosa „For This We Fought The Battle Of Ages”. Cudowny album. Bardzo liryczny, muzycznie oszczędny w treści, choć bogaty w formie. No i te wokale… To bez dwóch zdań najlepszy album SubRosa. Zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Oranssi Pazuzu „Värähtelijä”. Fińska opowieść o tym, że zło w muzyce to nie tylko corpse paint i ćwieki. To także narkotyczne urojenia i leśne zjawy. Materiał na żywo powala.

The Body „No One Deserves Happiness”. Pop graniczny. Plugawy z jednej strony. Świeży i pomysłowy. Człowiek kurczak na wokalu jak zwykle jedyny w swoim rodzaju.

True Widow „Avvolgere”. To nie jest najciekawszy album True Widow. „Avvolgere” jest materiałem posuniętym do granic wytrzymałości, boleśnie powtarzalnym, monotonnym do cna. Zarazem nikt tak nie potrafi nudzić jak oni. W tym roku udowodnili to po raz kolejny, dominując mój odtwarzacz podczas długich, jesiennych spacerów.

Urfaust „Empty Space Meditations”. Napisałem o tej płycie niedawno, że to taka wycieczka, w którą zawsze chciałem się wybrać, ale bałem się przyznać na głos. Pochłaniający, melancholijny, silny materiał.


Łukasz „Icanraz” Sarnacki – perkusista Devilish Impressions, Corruption

2016 – większość mojego czasu spędzanego z muzyką w tym roku poświęciłem na nadrabianie zaległości z ostatnich paru lat oraz na grzebaniu, odświeżaniu i poznawaniu na nowo klasycznych albumów Black Sabbath, Rainbow, Deep Purple, Crowbar, Down, Mayhem, Watain, Anathema, Bathory, Iron Maiden, Emperor, Pink Floyd, Alice In Chains i wielu innych artystów, których szanuję do tego stopnia, że sprawdzam swoje reakcje na ich muzykę po jakimś tam czasie od ostatniego przesłuchania. Niestety, bądź -stety, ten rok był dla mnie też bardzo pracowity. Dużo czasu spędziłem w trasie z Corruption, myśli moje, plany i działania pochłaniał nowy album Devilish Impressions, długotrwałe i niełatwe rozstanie z Pigface Beauty, poza tym klasyczna proza życia, która czasami nie pozwala na całkowite oddanie się słuchanej muzyce w 100%.

W tym zestawieniu nie ma wielu albumów, które pewnie by się w nim znalazły, gdybym je poznał w tym roku. Mam na myśli albumy Anthrax, Metallica, Megadeth, Gojira, Dark Funeral, Darkthrone, Bolzer, Evergrey, Testament, Abbath… W związku z tym, to takie moje bardzo osobiste zestawienie 5 płyt z 2016 roku, które narobiły mi w głowie i odtwarzaczu trochę rumoru (kolejność przypadkowa):

1. Opeth „Sorceress”. Od momentu wydania Heritage” ten zespół stał się jednym z moich ulubionych. Opeth wykazuje się niezwykłą lekkością poruszania się w przeróżnych stylistykach około-rockowych i metalowych, i okrasza to wytrawnym prog-rockowym sosem. Smaczne!

2. Zakk Wylde „Book Of Shadows II”. Magia, magia, magia! Jeśli ktoś zabiera się za ten album i liczy na festiwal wyciskanych flażoletów, jak na klasycznych albumach BLS lub Ozzy’ego, to się grubo zawiedzie. Wyjątkowa, sentymentalna, muzyczna podróż.

3. Borknagar „Winter Thrice”. Po pierwsze – Baard Kolstad – niebywale uzdolniony bębniarz, który swoim stylem potrafi przenieść nawet najbardziej niepozorny i banalny temat muzyczny na wyżyny. Po drugie – Vortex – którego wokale od zawsze bardzo lubię. Po trzecie – Oystein – człowiek odpowiedzialny za większość tych dźwięków, które tak mnie zaczarowały. Borknagar w szczytowej formie!

4. Brodka „Clashes”. Od czasu, gdy wyszła płyta „Granda”, ta artystka ma u mnie w sercu szczególne miejsce. Zaskakująco dojrzała, ambitna i odważna płyta. Polscy ignoranci będą ją zawsze kojarzyć z piosenkami do kotleta, ale… pozwolę sobie tego nie skomentować.

5. Crowbar „The Serpent Only Lies”. Crowbar – nadal cięższy niż jakikolwiek inny band na tej planecie! Niezwykle inspirujący krążek. W tym zestawieniu chyba najważniejszy, bo sprawił, że po 12 latach znów sięgnąłem po gitarę i zacząłem pisać własne numery.


Shadow – basista i wokalista Black Altar

1. Behexen „Poisonous Path”

2. Arkona „Lunaris”

3. Bolzer „Hero”

4. Rotting Christ „Rituals”

5. Inqusition „Bloodshed Across the Empyrean Altar Beyond the Celestial Zenith”

6. Cultes des Ghoules „Coven, or Evil Ways Instead of Love”

7. Void Meditation Cult „Utter the Tongue of the Dead”

8. Urgehal „Aeons in Sodom”

9. Urfaust „Empty Space Meditation”

10. Deathspell Omega „The Synarchy of Molten Bones”


Michał „Stempel” Stemplowski – gitarzysta J.D. Overdrive

Kolejność przypadkowa:

Polska:

Furia „Księżyc Milczy Luty”. Jeżeli ktoś szuka black metalu z klimatem i przestrzenią, to ta płyta pochłonie go w całości. Dla mnie to zdecydowanie najlepsza polska płyta 2016 roku; całkowicie miażdżąca i wciągająca.

Obscure Sphinx „Epitaphs”. O ile post-metal generalnie mnie nie przekonuje, tak Obscure Sphinx od pierwszych dźwięków „Epitaphs” obala tę postawę. Świetny, kobiecy wokal Wielebnej doskonale komponuje się z niskim strojeniem instrumentów, dając totalny, soniczny odjazd.

Mentor „Guts, Graves & Blasphemy”. Nie spodziewałem się, że można nagrać płytę tak świeżą, dynamiczną i porywającą na podstawie progresji akordów, które zostały już nagrane milion razy przez milion kapel. Tutaj wszystko się zgadza; jest bezkompromisowo, brutalnie i rock’n’rollowo. Do tego Suseł na wokalu w odsłonie, z jakiej go nie znałem (a umówmy się – blisko od dekady słucham jego darcia). Szacunek.

Riverside „Eye of the Soundscape”. Jeśli dobrze znasz poprzednie albumy tej ekipy, to przygotuj się na szok. Dla mnie to jedno z największych, muzycznych zaskoczeń w tym roku z kategorii „na plus”. Zupełnie inne podejście do muzyki, cała masa elektroniki i niesamowita atmosfera.

Sunnata „Zorya”. Sunnata już poprzednim albumem udowodniła, że potrafi w sludge, doom i stoner. „Zorya” to potwierdzenie wysokiej formy zespołu i kapitalna wycieczka w uniwersum ciężkich, długich i brutalnych dźwięków.

Świat:

Ghost „Popestar”. Co prawda to jedynie EPka, ale zdecydowanie podtrzymuje klimat, znany z wcześniejszej, rewelacyjnej „Meliory”. Jest melodyjnie, piosenkowo, z odpowiednim dla tego składu „kościelnym” patosem. Krótki czas trwania nakręca jedynie apetyt na odtworzenie tego albumu ponownie.

Red Fang „Only Ghosts”. Do tego składu mam słabość, gdyż w mojej opinii jest to ekipa, która najlepiej oddaje ducha stoner rocka. Gruz i wszechobecne fuzzy, połączone z rockowym zacięciem powodują samoczynne tupanie nóżką. Jak ich za to nie kochać?

Rival Sons „Hollow Bones”. Ok, być może ten zespół jest nieco pretensjonalny, ale Jezusie Nazarejski, jak oni grają!?! Cała płyta, z wyjątkiem ostatniego kawałka, utrzymana jest w tak rockowej dynamice, że aż się wąsy na hipstera wykręcają. Do tego to genialne, niezwykle organiczne i żywe brzmienie. Jest moc.

Joe Bonamassa „Blues of Desperation”. Do tego Pana mam niezwykłą słabość, gdyż dla mnie to gitarowy top wszechczasów. Na Blues of Desperation” jest wszystko, za co kocham jego grę – doskonałe brzmienie, rewelacyjna artykulacja i genialne blues-rockowe kawałki. Weźmy chociażby Mountain Climbing czy Distant Lonesome Train – tutaj wszystko się zgadza.

Russian Circles „Guidance”. Ten zespół to dla mnie odkrycie tego roku. Trafiłem na nich przypadkiem, przeglądając propozycje Spotify i od razu taki cios. Jest ciężko, mrocznie i metalowo, bez zbędnych wokali w tle.


Łukasz Szostak – wokalista zespołów Wilczy Pająk, Hateseed 

Avantasia „Ghostlights”. Fanem twórczości Tobiasa Sammeta jestem od pierwszego albumu Metalowej Opery, a więc już 15 lat, ale tak dobrego albumu po prostu się nie spodziewałem. Jak zwykle mamy tu całą plejadę gościnnych wokalistów – występujący na Avantasii po raz pierwszy Geoff Tate wypada doskonale w mrocznym, orientalnym Seduction of Decay, Jorn Lande zdziera głosem asfalt w podniosłym Let the Storm Descend Upon You, a Herbie Langhans czaruje barwą w przebojowym Draconian Love. Tak właśnie smakuje melodyjny metal podany na świeżo, a nie – jak to niestety często bywa w tym gatunku – jako odgrzewany kotlet.

Civil War „Last Full Measure”. Doskonałe zwieńczenie trylogii o amerykańskiej wojnie domowej. Niezwykle przejmujące kompozycje, doskonałe wokale Nilsa Patrika Johanssona (czy mi się wydaje, czy z płyty na płytę brzmi coraz mniej jak Dio?), a w warstwie tekstowej jak zwykle przyczynek do sięgnięcia po książki o historii Nowego Świata. Niestety parę dni temu świat obiegła wieść o odejściu Johanssona… Szwedom będzie trudno znaleźć za niego odpowiednie zastępstwo, ale trzymam kciuki. Nota bene we wrześniu gramy razem na City of Power w Zgierzu!

Metallica „Hardwired… to Self-Desctruct”. Album długo wyczekiwany… Już za sam Spit Out the Bone należy się mu miejsce w pierwszej piątce. Jakby napisali ten numer w 88′, pewnie trafiłby na AJFA zamiast Dyer’s Eve. Cała płytka trzyma poziom i mimo nieporozumienia w postaci Murder One chce się jej słuchać w kółko. Wiele osób zarzuca „Hardwired…” zbyt wiele nawiązań do Reload, ale to od zawsze mój ulubiony album Metalliki, więc ta stylistyka bardzo mi odpowiada.

Almanac „Tsar”. Victor Smolski po odejściu z Rage nagrał album, który nie pozostawia złudzeń – to właśnie białoruski wirtuoz gitary stanowił o zajebistości ostatnich albumów kapeli Wagnera! Nagrany z dwoma wokalistami i wokalistką bardzo symfoniczny „Tsar” to album koncepcyjny, opowiadający historię Iwana IV Groźnego. Muzyka na nim zawarta przyprawia o ciarki niemal w każdym utworze. Najlepszy przykład to singlowy Self-blinded Eyes. Trzeba tego po prostu posłuchać!

Megadeth „Dystopia”. Przed każdą nową płytą Megaśmierci w necie pojawiają się pogłoski o możliwym powrocie do składu Marty’ego Friedmana. Zawsze podnoszą mi one tętno, bowiem to dla mnie najlepszy gitarzysta metalowy wszechczasów, a do Megadeth jego styl gry pasuje idealnie. Mimo że znów informacje te okazały się plotkami, nie ma mowy o rozczarowaniu, bo Rudy wybrał innego mistrza – gitarzystę uwielbianej przeze mnie Angry, Brazylijczyka Kiko Loureiro. Na „Dystopii” jego solówki siedzą idealnie, a punktem kulminacyjnym jest pod tym względem instrumentalny Conquer and Die. Stylistycznie cała płytka bardzo mi pasuje – nawiązuje do bardziej thrashowego, technicznego oblicza zespołu. Pełen wypas.


Lech „Blackpitfather” Śmiechowicz – gitarzysta Horroscope, Black From The Pit

Postaram się podać 10 najważniejszych pozycji, 5 krajowych i 5 zagranicznych, a wyliczankę potraktowałem bez konkursowego oceniania kto jest lepszy, lecz najzwyczajniej są to pozycje, które w mijającym roku zwróciły szczególnie moją uwagę, lub takie, na które czekałem od jakiegoś już czasu. To bardzo trudne ograniczyć się jedynie do 5 pozycji, ale cóż, zgodnie z życzeniem spróbuję.

Świat:

1. Testament „Brotherhood of the Snake”. Świetna płyta, moim zdaniem lepsza niż dwie poprzednie. Długo wyczekiwana. Mocny atak, energia i potencjał, jaki wykrzesać mogą tylko tytani thrash metalu. Wszystko śmiga jak należy, oni są wciąż nasyceni takimi możliwościami, że kolejne pokolenia będą miały bazę do swoich inspiracji. Wielki szacunek.

2. Megadeth „Dystopia”. Czekałem na ten album z dość sceptycznym nastawieniem, jednak płyta, jak i koncert w Łodzi udowodniły, że Rudy daje radę i zostawił daleko w tyle kolegów z zespołu, w którym zaczynał. Wielkie słowa uznania za spory kawał doskonałej muzyki. Płytę obracam w odtwarzaczu cały czas.

3. Metal Church „XI”. Nie tylko dla mnie kultowa kapela i powrót najlepszego wokalisty Mike’a Howe’a w szeregi metalowej świątyni. Jestem absolutnym fanem, słuchałem tej płyty już dziesiątki razy, czyli coś w tym jest.

4. Vicious Rumors „Concusion Protocol”. Klasyczny, kultowy dla wielu zespół, z kolejnym równym albumem na wyśmienitym poziomie. Nowy wokalista sprawdza się, nawiązując do tego, co wypracował już Geoff Thorpe. Szacun dla oldschoolowców.

5. Exumer „The Raging Tides”. Klasyczne uderzenie oldschoolowej kapeli w nowym wydaniu. Co tu dużo gadać, jest wpierdol od początku do końca. Brawo!

Dwie pozycje są poza listą, ale nie umiem o nich nie wspomnieć:

6. Vektor „Terminal Redux”. Nie sposób było nie zwrócić na ten band uwagi w 2016 roku.

7. Flotsam And Jetsam „Flotsam and Jetsam”. Po prostu świetny album!

Polska:

1. Vader „Empire”. Jeden z nielicznych albumów, który dla mnie, zadeklarowanego thrashersa, pasuje do oczekiwań. Ta płyta, choć świeżutka, wiele razy gościła w moim playerze. Ciekawe solówki, wiele dobrych pomysłów, na dodatek słyszę w niej dużo thrash metalowych wpływów i naleciałości. W końcu słucham Vadera jak reszta świata – z zaciekawieniem i w pełni zasłużonym respektem.

2. Planet Hell „Mission One”. Nowe wcielenie gitarzysty z The No-Mads, ciekawy klimat, Stanisław Lem w muzycznej ilustracji na ostro. Z zainteresowaniem oglądałem ich pierwszy koncert i czekam na kolejne poczynania. Masa kombinacji, siedmiostrunowe niskie tonacje gitar i progresywny klimat. Ciekawe.

3. Titanium „Atomic Number 22”. Nie wiem do końca, czy to jest debiut, czy też nie, gdyż dostałem od gitarzysty kiedyś płytę pod innym tytułem, ale już wtedy zrobił na mnie dobre wrażenie. Chłopaki nie boją się grać power metalu i nie są wcale mniej ostrzy od niejednego death metalowca z kozią czachą przyczepioną do statywu mikrofonu, wszystko zapierdala jak trzeba!

4. Acid Drinkers „PEEP Show”. Mam do tej kapeli dość dziwny, osobisty, nieco ironiczny stosunek. Nigdy nie trafili w mój gust tak do końca, ale zawsze z zainteresowaniem obserwuję ich koncerty i kolejne płyty. Brzmienie świetne, masa sprawdzonych thrashowych patentów na płycie, która rwie do przodu jak traktor, który bez trudu wyjeżdża z błotnistego podłoża. Fajny album.

5. Gallileous „Stereotrip”. Stoner rock jak należy! Udało się w końcu osiągnąć taki klimat, który wciąga od początku do końca. Płyty słucha się równo, jest odpowiedni puls i klimat kosmicznego sterowca, który powolutku dryfuje po galaktyce. Nowa wokalistka wniosła element, którego wcześniej brakowało w dokonaniach spowalniaczy z Gallileous. Ciężko, wolno, brudno, czasem szybciej, zawsze z drivem. Płyta ma rzeczywiście charakter i sound, jakby nagrana była przynajmniej 20 lat temu i to jest w tym wypadku zdecydowana zaleta tego brzmienia.


Liam Wilson –  basista Dillinger Escape Plan, John Frum, Azusa

David Bowie „Black Star”

Plebeian Grandstand „False Highs, True Lows”

Deathspell Omega „Bones”

Yussef Kamal „Black Focus”

Tribulation „Melancholia EP”

Sturgill Simpson „A Sailor’s Guide To Earth”

Nick Cave and The Bad Seeds „Skeleton Tree”

Anderson Paak „Malibu”

Radiohead „A Moon Shaped Pool”

Leonard Cohen „You Want It Darker”


Piotr „Dreadrock” Wiśniewski – basista/wokalista Unborn Suffer

1.  Superjoint „Caught Up in the Gears of Application”. To był kiedyś jeden z moich ulubionych zespołów, dlatego ich powrót zza grobu po 13 latach niezmiernie cieszy moją gębę. Mimo że nowa płyta jest zdecydowanie słabsza od swoich poprzedniczek, to i tak sprawiła mi dużo radości.

2. Red Hot Chilli Peppers „The Gateway”. Nigdy w życiu bym nie sądził, że w jakimkolwiek zestawieniu będę tak wysoko stawiał jakąś płytę „papryczek”. Lubię, szanuję, ale nigdy fanem nie byłem. „The Gateway” początkowo nie wywoływała we mnie żadnych emocji, ale miała w sobie punkty, melodie, które zapadały mi w pamięć i w efekcie do tej płyty wracałem coraz częściej. Stąd jej wysoka lokata.

3. Scooter „Ace”. Moje największe „guilty pleasure”. Płyta ta, a szczególnie trzy otwierające utwory, dostarczyła mi potężniejszego, pozytywnego i bardziej energetycznego kopa niż jakakolwiek inna, muzyczna pozycja z tego roku. Przykro mi metaluchy. To także najlepsza płyta Scootera od ponad dekady.

4. Sick of It All „When the Smoke Clears”. Ta kultowa kapela ma już 30 lat, a nadal potrafi wymierzyć potężnego kopa w ryj, bo właśnie dokładnie tym jest dla mnie ta EPka. Tylko tym i aż tym – proste, dość klasyczne ale bardzo pobudzające i mięsiste granie.

5. Brujeria „Pochto Aztlan”. Kolejny wielki powrót – tym razem aż po 16 latach, bo tyle minęło od ostatniego studyjnego albumu Emburyego i spółki. I trzeba przyznać, że nadal mają „to coś”. Nowa płyta zaczyna się może trochę niemrawo, ale w okolicach środka robi się naprawdę chwytliwie, wręcz przebojowo (jak na tą konwencję). Właśnie to sobie cenię – gdy po przesłuchaniu coś zapada mi w pamięć i riffy pobrzmiewają same w głowie.

6. KoRn „The Serenity of Suffering”. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony do całego szumu wokół tej płyty (że to „najcięższy Korn w historii” itp.), ale ostatecznie okazało się, że muzycznie ten album po prostu się broni. Na minus zaliczam natomiast irytującego mnie już Davisa, który mimo 45 lat na karku(!) nadal śpiewa  tylko o tym, jak mu źle, że cierpli nieznośny ból, ciężko mu żyć itp. Mam wierzyć w szczerość kolesia z siedmiocyfrową sumą na koncie, który użala się nad sobą jak prześladowany w szkole nastolatek?

7. Crowbar „The Serpent Only Lies”. Ekipa Kirka nie zawodzi – nadal są otyli, grają ciężko i brzmią tłusto. Nowy album jest właściwie kontynuacją tego, co zaprezentowano nam na dwóch poprzednich. Różnica jest tylko taka, że broda Kirka urosła, a do składu wrócił dawny basista – Sexy T.  Ponadto biję ukłony za świetny koncert w warszawskiej Progresji.

8. Anal Trump „That Makes Me Smart!”.  Jeśli ktoś lubi Anal Cunt i robienie sobie kompletnego żartu z muzyki i tekstów, to będzie płyta dla niego. Wbrew pozorom można tutaj jednak znaleźć niebanalne (jak na tą konwencję) riffy i pomysły kompozycyjne. Trzeba jednak uważać i wykazać się refleksem, bo 30 utworów, które znajdziemy na płycie, trwają w sumie 3 minuty.

9. Suicidal Tendencies „World Gone Mad”.  W moim odczuciu to był bardzo dobry, wręcz przełomowy rok dla tej kapeli. Dużo koncertowali, zaliczyli udaną trasę ze Slipknotem (w tym świetny występ w Gdańsku), zwerbowali legendarnego perkusistę, zwieńczając wszystko niebanalną, wpadającą w ucho płytą. Już zacieram ręce przed ich styczniowym koncertem w stolicy.

10. Acid Drinkers „Peep Show”.  Abstrahując od tego, jak bardzo ten zespół jest już komercyjny i na ile nadal funkcjonuje dla pieniędzy, a na ile z pasji, to na nowym wydawnictwie nadal można zawiesić ucho. Owszem, robi się to już wtórne i być może ten album nie znalazł by się w moim top 10, gdyby nie brak mocniejszych konkurentów (zarówno na rynku polskim, jak i zagranicznym).


Aneta Vertherry – basistka Dead Infection

Polska:

1. Furia „Księżyc milczy luty”. Interesująca, różnorodna, niebanalna, przestrzenna, klimatyczna, w moich kategoriach „domowa” płyta, albowiem na koncercie za dużo rozpraszaczy towarzyszy i nie mam jedynie na myśli chyba nieodłącznego rytuału palenia nielegalnego tworzywa. Relax po strudzonym dniu przy tej płycie idealny.

2. Arkona „Lunaris”. Bardzo dobre dzieło. Cóż tu więcej pisać. Doskonałe.

3. Fetor „Abandoned Hope”. Nowy, mocny wymiar na rynku rodzimym, godne polecenia granie dla tych ze specyficznym, wysublimowanym gustem muzycznym 🙂 Znakomicie zrobiona płyta, wszystkie instrumenty doskonale słyszalne, a sama muzyka miażdży i przewala po ziemi, zwłaszcza na koncertach.

4. Straight Hate „Every Scum Is a Straight Arrow”. Dobre, ciekawe granie, mega żywioł na koncertach, to widać, a na płycie, która jest dopieszczona – słychać. Mi się ich dokonanie bardzo podoba, ma potencjał i kupuję w ciemno następne wydania 🙂

5. F.A.M. „Human Cargo”. Solidne granie z pewnością zasługujące na uwagę. Powaga, moc, ciężar, dobry kawał roboty.

Świat:

1. Wormrot „Voices”. Mięsistość gitar mnie wbiła, zajebisty sound i ciekawe kompozycje. Wszystko według mnie perfekcyjnie siedzi na swoim miejscu. Można słuchać z przyjemnością i w pętli. Szczególnie do gustu mi podszedł Buried the Sun  proste, z werwą, a mnie aż nosi i volume na full. Zajebiste i tyle.

2. Red Fang „Only Ghosts”. Mam słabość do ich dokonań. Co tam się dzieje… Grają na tyle niebanalnie, że mnie to przyciąga, zaczepia i zatrzymuje. Znakomita płyta. Świetne patenty i smaczki. Uwielbiam bez dwóch zdań. Więcej nie piszę, bo mi referat wyjdzie.

3. Wormed „Krighsu”. Piękny wpierdol, aż miło 🙂 Brzmienie solidne, świetnie zrobiona płyta z nienachalnym werblem i trochę niepokojącym basem. Normalnie miód na uszy na ciężkim kacu!

4. Wardruna „Runaljod – Ragnarok”. Płyta wybitnie kojąca i przestrzenna. Klimat mnie niezwykle przywołuje, zwłaszcza MannaR Liv, który szczerze uwielbiam. I tak… Trzeba być wszechstronnym. Raz grind, raz brutal death metal, raz rock progressive, raz black metal, a raz o to to… 🙂

5. Analkholic „Strictly Drunk”. W to miejsce wyboru mogłam wrzucić kilka innych zacnych dokonań, jak np. Bolesno Grinje, które mi się podoba, ale… Musiałam jednak ten brud, syf, distortion rozkręcony na maxa, „sodoma”, „gomora” i rzeź wokalna z pitch shifterem od niebanalnych Panów z wysepki na Pacyfiku; jest na dobrym poziomie w tej niezwykle specyficznej odnóżce muzycznej. I przypomnieli mi o Shakaron Makaron plus wstawki porno, przypały i muzyczne bajery (mnie śmieszy).


Łukasz „Zielony” Zieliński – wokalista Virgin Snatch

Polska:

VADER „Empire”Konsekwencja i trwanie, bez kompromisów. Koniec kropka!

Organek „Czarna Madonna”Za Missisipi w ogniu, czyli najlepszy polski numer tego roku!

Riverside „Eye Of The Soundscape„. Jestem fanem muzyki filmowej, a to jest swoista muzyka filmowa z mnóstwem klasycznych naleciałości z całej historii szeroko pojętego rocka. Brawo!

Świat:

David Bowie „Blackstar”. Ostatnia płyta mistrza. Bez kontrowersji, za to z jakże niesamowitym, śmiertelnym ładunkiem emocjonalnym… Piękne, bardzo świadome, przez co cholernie przytłaczające dźwięki. R.I.P…

Anthrax „For All Kings”Świetne riffy, Belladona w doskonałej formie (także aranżacyjnej!), ale przed wszystkim nieskrępowana radość z grania. Anthrax wciąż uczciwie, po swojemu i z pięknymi, niebanalnymi melodiami!

Metallica „Hardwired… To Self-Destruct”To nie jest najlepsza płyta Mety, ale na pewno najlepsza od czasów „Load”, więc i tak warto. Owszem, za długa i rozwleczona, ale to i tak muzyczne wydarzenie. Sprzedaje się znakomicie i wcale się nie dziwię, bo to Metallica, a poza tym takiej promocji nie miał nawet Michael Jackson w swoich najlepszych czasach!

Gojira „Magma”Sekcja + rytm + „szerokość” = NIE DO PODJEBANIA!!!

Iggy Pop „Post Pop Depression”. Niezmordowany Iggy w znakomitym towarzystwie Josha Homme! Dla mnie najlepszy materiał po Lust for Life i hołd dla twórczości Bowiego.

Nie mogę nie wspomnieć również o bardzo dobrych płytach Suicidal Tendencies „World Gone Mad” (nie tylko dlatego, że Lombardo!), Voivod „Post Society”EPka to też płyta, tym bardziej że dużo lepsza od poprzedniego długograja Kanadyjczyków, i Testament „Brotherhoof of the Snake” (wciąż potrafi kruszyć skały).


Patryk Zwoliński – wokalista Proghma-C

W moim podsumowaniu 2016 znajdą się przede wszystkim albumy, których słucham ostatnio. Nie są to może najlepsze z najlepszych tego roku, ale na pewno warte uwagi. Nie mogłem zdecydować, które płyty są najlepsze. Po prostu nie potrafię. 

Opeth – Sorceress 

Discharge – End of Days 

Perturbator – The Uncanny Valley 

Moderat – III 

Cobalt – Slow Forever 

40 Watt Sun – Wider than the Sky 

Tonbruket – Forevergreens 

Yello – Toy


 Piotr Żurawski – Butterfly Trajectory

Katatonia „The Fall of Hearts”Zdecydowanie mój ulubiony album z 2016 roku, który bez reszty rozwiał wątpliwości związane ze sporymi zmianami personalnymi w zespole. Niebanalne melodie, dużo typowej dla Katatonii melancholii, mniej gainu i jeszcze bardziej organiczne brzmienie. Szwedzi pokazali, jak pięknie może starzeć się metalowy band.

Thrice „To Be Everywhere Is To Be Nowhere”Statusiałe HC/emo w doskonałym wydaniu. Płyta jest pełna typowych dla wyżej wymienionych gatunków emocji, głównie za sprawą rewelacyjnego wokalu Dustina Kensrue. Gniew i złość ubrane we wpadające w ucho melodie, a także naturalne, ciepłe, ale mocne brzmienie, to duże atuty tej płyty.

Car Bomb „Meta”Ten album to dowód na to, że matematyczny metal nie musi opierać się tylko na przysłowiowych zero-jedynkach i przesadnie skompresowanym brzmieniu. „Meta” to płyta, na której dzieje się o wiele więcej, niż mogłaby mówić o niej gatunkowa łatka. Materiał do wielomiesięcznego trawienia.

Cult of Luna & Julie Christmas „Mariner”W warstwie instrumentalnej „Mariner” nie prezentuje niczego odmiennego od „Vertikal” czy „Eternal Kingdom”; te same patenty, te same brzmienia, jednak gościnny udział księżniczki post-metalu wnosi tyle świeżości do muzyki mrocznych hipsterów, ile Skrillex swego czasu wniósł do KoRna. Kontrast powstający podczas dialogów śpiewającej Julie i krzyczącego Johannesa = ciary na plecach.

Devin Townsend Project „Transcendence”Syntetycznie brzmiące gitary wymieszane z partiami ociekającymi efektami przestrzennymi, chóralne zaśpiewy i tona patosu, składające się na wielką metalową maskaradę, odbywającą się na jednym z jowiszowych księżyców.

Dark Funeral „Where Shadows Forever Reign”Ostatni album DF, który namiętnie katowałem jeszcze w szkole średniej, to „Diabolis Interium”. Następnie przyszedł czas rozbratu z black metalem, a gdy po latach zobaczyłem, że Ciemny Pogrzeb wypuszcza kolejny krążek, postanowiłem sprawdzić jak się sprawy mają. Okazało się, że chłopcy wciąż korzystają ze sprawdzonych patentów, tzn. naiwnie patetycznych melodii w gitarach i niemiłosiernych blastów, czyli tego, za co uwielbiałem „Diabolis Interium”. Co wyróżnia nowe wydawnictwo Szwedów, to zaskakująco naturalne brzmienie (DAT werbel!), które zastąpiło ostrą i twardą produkcję z poprzednich płyt.

Animals as Leaders „The Madness of Many”Amerykańskie trio coraz rzadziej sięga po djentowe rozwiązania, które ustępują miejsca czemuś, co chyba można określić jako fusion dwudziestego pierwszego wieku. Jest to kierunek, który zdecydowanie mi odpowiada. Nadludzka wręcz technika i kreatywność Tosina popycha kolejnych gitarzystów do wyrzucania swoich gitar przez okna, podczas gdy gdzieś indziej płoną zestawy perkusyjne bębniarzy, którzy już wiedzą, że nigdy nie osiągną poziomu Matta Garstki.

Ampacity „The Sum of All Flaws”Album, który brzmi jak połączenie ścieżek dźwiękowych ze starego Bonda, Pulp Fiction i Pana Kleksa. Trójmiejski skład nie zważa na muzyczne trendy czy kolegów z podwórka, konsekwentnie idąc swoją własną ścieżką. Chwała im za to.

Twelve Foot Ninja „Outlier”Australijczycy wracają z kolejnym albumem pełnym gatunkowych mariaży, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się co najmniej niespójne (np. bossa nova i metal), a w wydaniu TFN brzmią tak, że hej. Nie jest to może najlepszy album w dorobku zespołu, ani nie jest to szczególnie odmienne wydawnictwo od ich poprzedniego długograja, ale przy tak nowatorskim graniu dwie podobne płyty to nie przesyt.

Alcest „Kodama”Melancholijne melodie, przestrzenne brzmienie. Płyta łatwa i przyjemna w odbiorze. Niby typowy post-rock, ale jednak jakiś taki inny. I wcale nie tylko ze względu na dziwaczne blackmetalowe wokale tu i ówdzie.


Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .