Æpoch – „Awakening Inception” (2018)

Mój cel był prosty. Nie rozpraszać się żadnym innym albumem i skupić się przez jakiś czas jedynie na Æpoch. Ich debiutancki longplay pt. Awakening Inception z oficjalną premierą w kwietniu 2018 nakładem własnym, właśnie skończył mi przygrywać po raz kolejny, a ja ocieram pot z czoła po tej szalonej przygodzie i próbuję napisać tych kilka zdań. 

Zaczęło się niepozornie, dostałem bowiem do recenzji materiał nic mi nie mówiącej kapeli z Kanady. Jak się szybko okazało, skład to wprawdzie dosyć nowy, ale jakże ambitny. Z death metalem jest mi niezwykle po drodze od lat, morda zatem ucieszyła się mimowolnie. Z progresywną odmianą, jaką tutaj się uprawia, bywa u mnie co prawda różnie, ale kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije. Jego pierwszy łyk był trochę cierpki, ta gitarowa wirtuozeria z otwierającego stawkę utworu wywołała lekki grymas, ale już kilka minut później w pełni łyknąłem konwencję. Mam jednak to szczęście, że popisowe zapędy nie zaszły na tej płycie za daleko, są to przede wszystkim ciekawe utwory, a w mniejszej mierze „patrzcie co umiem zrobić na tej gitarce”.

Na tym nie koniec atrakcji w tym metalowym parku rozrywki, bo tu i ówdzie znaleźć można nienachalne i dalekie od kiczu melodie, które tylko są kolejnym grubym plusem tej produkcji. Ten element właśnie w połączeniu z pozostałymi pozwolił mi zrozumieć, czemu to właśnie Æpoch rusza w kwietniu w trasę z Bloodshot Dawn. Obie kapele mają talent i zapędy do upychania wielu pomysłów w swojej muzyce bez ocierania się o przytłaczającą przesadę. Obie stają na głowie, by znaleźć ten słodki balans pomiędzy twórczym szaleństwem a sprawianiem przyjemności i radości słuchaczom. Jak wycisnąć z siebie jak najwięcej i ciągle utrzymać uwagę odbiorcy – to właśnie oni wiedzą doskonale.

Czterech wyśmienitych muzyków pracowało nad Awakening Inception na pełnych obrotach. Wokalista Brett odpowiedzialny jest za popisy na fretlesiku, co do którego miałem początkowo mieszane uczucia, ale szybko przerodziło się to w czystą miłość do tych dźwięków. Gitarzyści Kyle i Taylor to duet, który autentycznie wygniótł mi czaszkę. Te riffy, te solówki, to jak ze sobą współgrają… Wiem, że to strasznie wyświechtane hasełko, ale to po prostu trzeba usłyszeć. No i jeszcze Greg. Ten garowy to również odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Blastuje, atakuje przejściami, napieprza z prędkością światła, miodnie pracuje stopami, strzela po werblu jak z karabinu, ach, dajcie spokój, co tu się wyprawia, to głowa mała! 

Dostałem na tej płycie wszystko, czego mi trzeba w odpowiednich dawkach, jest technicznie, progresywnie, melodyjnie, motyw goni motyw i najlepsze w tym wszystkim to, iż ta cała nawałnica dobroci nie męczy. Co rusz pojawi się jakieś przełamanie w postaci zmiany tempa, raz pierwsze skrzypce zagra wspomniany fretless, a jeszcze innym razem zamilknie wokal i gitarzyści wejdą w ciekawy dialog. Coś pięknego. Czy mam jakieś ulubione kawałki spośród tych 10, jakie składają się na program tego słuchowiska? Nie. Trzymają one moim zdaniem bardzo równy i wysoki poziom, a te 50 minut muzyki należy spożywać w całości.

Przed przystąpieniem do omówienia tego albumu nie słyszałem żadnego singla, nie czytałem żadnych innych artykułów na temat Awakening Inception, brałem w ciemno i wskoczyłem na głęboką wodę, a ostatecznie okazało się, że trafił w moje łapy garniec miodu pitnego. Jedynie oprawa graficzna niczym, dosłownie niczym, nie zaskakuje. Trochę szkoda, ale na szczęście muzyka sama w sobie to bardzo wysoka półka. Było warto. Takiego hidden gema już dawno nie miałem.

Ocena:9/10

Tagi: , , , , , .