Arch Enemy – „Will to Power” (2017)

„Lubię walnąć ludzi w twarz pierwszym kawałkiem na płycie, a potem nimi potrząsać” – mówi o swoim kompozycyjnym fetyszu lider Arch Enemy Michael Amott, przedstawiając nowe wydawnictwo szwedzkiej formacji, które ukazało się 8 września nakładem Century Media Records. Will to Power to album studyjny numer 10 w historii zespołu, ale dopiero numer 2 w historii Alissy White-Gluz w roli werbalnego (jakże estetycznego) medium AE. A na nim „szeptanki”, czysty śpiew, o, Angelo, nawet ballada! Ale spokojnie – to dalej Arch Enemy. No doubts.

Najnowsze dzieło AE to jeden z najbardziej wyczekiwanych metalowych albumów tego roku. Tak mówili, tak czekałem. Doczekałem się i teraz męczę go w kółko. A co wyszło z tego męczenia?

Motywem przewodnim dziesiątego krążka zespołu zdaje się tytułowa nietzschowska „wola mocy, rządzenia, posiadania władzy” (niem. der Wille zur Macht), co oznacza, że główną motywacją, swoistym „motorem napędowym” są dla człowieka jego ambicje, pragnienie osiągania celów i walka o zajęcie jak najlepszej pozycji w życiu. Ten koncept „obudowany” kultem indywidualności i wypełnionym cierpieniem dążeniem do rozwoju jednostki oraz przekonaniami White-Gluz (weganizm, prawa ludzi, prawa zwierząt, równouprawnienie, tolerancja) jest obecny w warstwie tekstowej całego albumu.

Zaczyna się tradycyjnie. Po niespełna półtoraminutowym intro (z brzmieniem niepokojąco podobnym do tego z Khaos Legions) stajemy się ofiarami fetyszysty AmottaThe Race to mocny, szybki cios, z pełnym złości na wszechświat growlem, na który czekamy zaledwie 3 sekundy (to jeszcze mniej niż na War Eternal – w Never Forgive, Never Forget sekund były cztery), zwieńczony intensywną „solówką” (Jeff Loomis, ex-Nevermore – fajnie, że jesteś). Potem zaczyna się potrząsanie słuchaczem. Nowometalikowo brzmiąca zwrotka w trzecim z kolei Blood in the Water zaczyna się recytacją, która szybko przechodzi w najbrutalniejszy na tej płycie growl. Czas na konkwistadorskie 5-minutowe The World Is Yours, z motywacyjnym przesłaniem i jedynym, szeptanym, lekko obciachowo przez to brzmiącym, refrenem. Dalej utwór dla życiowych wagabundów. Sporo wolniejszy od TWIS The Eagle Flies Alone świetnie buja i do tego dysponuje najbardziej kozacko zaśpiewaną zwrotką na całej płycie. Oj, czuć szpony White-Gluz na uszach. Kończące utwór klawisze są swoistym preludium do…

… pierwszej w historii Arch Enemy ballady (albo powerballady – jak nie chce o niej mówić Amott). Nowa era? Nowy trend? Oby nie. Na pewno nie w takim stylu. Bo choć numer ten nie jest rzewnym zawodzeniem, dennym 5-minutowym przytulańcem, romantyczną egzaltacją (czy w ogóle dopuściliby się czegoś takiego?), to nie jest też utworem, który porusza i zostawia z rozdziawioną gębą. Oj, daleko mu do tego. White-Gluz śpiewa, krzyczy, growluje, są syntezatory, tempo zmienia się co chwilę – dzieje się sporo, ale całość brzmi pokracznie, chwieje się, nie potrafi złapać równowagi, brakuje płynności. Żaden moment utworu nie jest wystarczająco oryginalny, żeby zapaść w pamięć. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Reason to Believe zostało nagrane jako argument do poparcia tezy „ale przecież zrobiliśmy coś nowego, to jest inny album niż War Eternal, ewoluujemy”. Bardzo dobrze, że Amott zaproponował coś odmiennego, bo trzeba próbować. Choć eksperyment się nie udał, to pacjent żyje i jest gotowy na kolejne tortury. Niech Szwed nie porzuca tego programu testowego – może doświadczenie zaprocentuje i na następnym albumie doczekamy się prawdziwego Frankensteina, bo wydaje się, że AE z kanadyjskim monstrum wokalnym w ciele kobiety ma potencjał na dokonanie czegoś więcej niż do tej pory. Na razie ballada nie wyszła. I to bardzo.

Kolejny utwór zatytułowany jest Murder Scene i wskazuje, że w trakcie poprzednich 5 minut dokonano zbrodni (bo dokonano). Może to być jednocześnie bardzo dosadna wokalnie i gitarowo forma przeprosin za ten występek (przeprosiny przyjęte). Następny First Day in Hell bazuje na przeżyciach, pochodzących z Polski, dziadków White-Gluz, którzy mieli uciec z obozu koncentracyjnego w trakcie holocaustu. Zaczyna się mrocznie, później jest ciężko – muzycznie i tekstowo. Kanadyjka sieka growlem aż miło. Jeden z moich faworytów na tej płycie. Do tego bonus w postaci instrumentala-epitafium, nokturnowo kończącego temat. Czas na najdłuższy utwór – Dreams of Retribution jest szybki i melodyjny, miło buja. Pojawiają się tu wstawki klawiszowe od Jensa Johanssona (Malmsteem, Stratovarius, Dio, Rainbow). Kolejny My Shadow and I to kwintesencja nijakości – jednostajny, nudny. Właściwie można go przewinąć. Płytę kończy jednak wyrazista symfoniczna „batalia” – A Fight I Must Win.

To całkiem niezły tytuł na podsumowanie recenzji. Czy Arch Enemy wygrało swoją walkę na Will to Power? Dla mnie tak, choć parę razy niechcący skaleczyło się własnym mieczem. Przystępując do bitwy, Amott zdecydował się jednak wziąć w dłoń ekskalibur, a nie zwykły miecz katowski. Nowa broń jest ciężka, ale z kunsztownie wykonaną rękojeścią. Na Will to Power dostajemy dużo tradycyjnego Arch Enemy – to cały czas bardzo MELODIC death metal z miażdżącymi riffami, solówkami przenikającymi do szpiku kości, mocarnym, ostrym growlem w dawce zadowalającej. Jest jednak bardziej eklektycznie – zarówno na przestrzeni pojedynczego utworu, jak i całego albumu. Płyta jest różnorodna – zmienia się nastrój, nie ma dwóch podobnych riffów, zwiększona zostaje porcja symfonicznego i „przesłaniowego” heroizmu. Ponadto pojawia się nowa tematyka w tekstach i ballada. Część z tych nowości wypadła korzystnie, część tragicznie. Te „złe” nie narobiły jednak dużych szkód. Twierdza stoi i dalej budzi respekt.

Ocena: 8/10


Arch Enemy w trakcie promującej nowy album trasy zagra jeden koncert w Polsce. Występ odbędzie się 26 września w warszawskiej Progresji.

Tomasz B.

Tomasz B.

Woodstalker, koncertowicz, fan marketingu muzycznego, języków obcych, relaksu festiwalowego, MDM i NDH
Tomasz B.

Tagi: , , , , , , , .