Archspire – „Relentless Mutation” (2017)

Mało który zespół posiada tak ogromne umiejętności techniczne, co kanadyjski Archspire. Pierwszego krążka jeszcze nie zaliczyłbym do grona tych najbardziej skomplikowanych, ale już drugi The Lucid Collective jak najbardziej godzien jest postawienia obok Rings of Saturn czy The Faceless. Teraz chłopaki atakują trzecim pełnograjem. Nie jestem wyrocznią, jeżeli chodzi o techdeath i pochodne rzeczonego gatunku, ale wydaje mi się, że dzięki Relentless Mutation Archspire zyskali laur najbardziej technicznego zespołu świata. 

Przez siedem numerów i pół godziny będziesz ustawicznie zalewany huraganem dźwięków, lawiną sylab i tsunami uderzeń perkusyjnych. Prawdopodobnie wytrzeszczysz gały w podziwie, i nawet gdybyś dwukrotnie spowolnił najłatwiejszy numer, to i tak szybciej Korwin do sejmu wejdzie, niż ty się nauczysz go grać. Pod względem technicznym mamy do czynienia z autentycznym mesjaszem. A to bardzo często sprawia, że sama kompozycja numerów jest, nie oszukujmy się, kulawa. Przerost wirtuozyjnej masturbacji nad chwytliwymi motywami godzi w ogromny procent płyt, Lucid Collective też tak zresztą miała. Tym bardziej jestem pełen podziwu. Nie mogę powiedzieć, że wad i elementów ni z dupy, ni z krzaka nie ma. Niemniej jest ich na tyle niewiele, a cała reszta zgrywa się na tyle dobrze, że szybko o nowym Archspire nie zapomnę.

Nie do końca nawet wiem, jak wam te numery opisać. Każdy z nich bardzo dobrze oddaje tytuł płyty: to nieubłagana mutacja. Kontrolowana na szczęście, nowotworu tu nie uświadczycie. Motywy zmieniają się często, ewoluują, czasem wracają, niekiedy w tej samej, niekiedy zmienionej formie. Bardzo podoba mi się fakt, że typową, nieustającą biegunkę po strunach urozmaicono elementami bujającymi, wolniejszymi, spokojniejszymi. Wyszło to płycie na dobre, zmieniając nudne i wymuszone udowadnianie spod znaku „ajwaj, jacy my utalentowani” na materiał zaplanowany, przemyślany i autentyczny. Takie motywy znajdują się między innymi na Involuntary Doppelgänger (riff otwierający i solówki wymiatają!), Human Murmuration (te pościgi, te breakdowny, ten wokal!) czy też Calamus Will Animate (druga solówka, w której prym wiedzie feeling, choć prędkość oczywiście też jest). Mamy też na przykład zwolnienie na The Mimic Well, trafione, ładne, rzekłbym nawet, że postne. Ale, jak już napisałem, nie obyło się bez potknięć. Tytułowy Relentless Mutation także zaatakuje nas spokojniejszą częścią, którą całkiem rujnuje perkusista. Pseudoslamowy fragment niewiele później też nie jest najwyższych lotów. The Mimic Well posiada kilka zupełnie zbędnych pauz (chodzi mi o pierwszą część numeru, mniej więcej około 1:10), a i Involuntary Doppelgänger zaatakuje niespodziewanie dwoma sekundami skoncentrowanego (szkoda tylko, że nie tam, gdzie trzeba) chaosu. Ogólnie jednak poziom kompozycji stoi bardzo wysoko.

Co to za techdeath bez wyśrubowanej produkcji? Na pewno nie Archspire. Relentless Mutation jest jeszcze lepiej nagrane i wyprodukowane niż poprzedniczki. Wszystko tu leży i brzmi dokładnie tak, jak powinno: ostro, ale czytelnie. Każdy element się zgrywa z resztą, podczas odsłuchów nie miałem problemów z wyłapywaniem obu ścieżek gitar, czy też basu. Perkusista osiąga nowy poziom prędkości, szybszy jest chyba tylko Aaron Kitcher z Infant Annihilator (choć Spencer gra dużo bardziej złożone partie). A wokalista… cóż, gdyby wciągnąć w metal Busta Rhymesa, i tak byłby wolniejszy niż Oli. Aha, jedna uwaga: o ile nie masz audiofilskiego sprzętu grającego, słuchaj tej płyty na słuchawkach. Inaczej większości smaczków po prostu nie znajdziesz. Co też stawia pod znakiem zapytania słuchanie Archspire na żywo, ale i tak chciałbym tego doświadczyć.

Od pierwszego odsłuchu zbieram szczękę z podłogi. Relentless Mutation to jedna z najlepszych płyt technicznego death metalu, jakie powstały. Bardzo ją lubię nawet pomimo sceptycznego nastawienia do tego gatunku jako całości. Następny krążek ma bardzo duże szanse na dyszkę. Tu jest jeszcze kilka nietrafionych pomysłów i niedociągnięć, niemniej i tak bardzo polecam.

Ocena: 8,5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , .

  • strazak58

    Nigdy nie czytałem waszych recenzji, ale ta przypadkiem wpadła mi pod oko. Jestem fanem Archspire i ta płyta urwała mi dupę razem z jajami i przysadką mózgową. Po przeczytaniu tej recenzji zrozumiałem, że lepiej obciągać fjuta menelom niż czytać te kretyńskie, bezsensowne wypociny autorstwa k(cwel)lt. Jak czytam twierdzenie, że pojawiają się tam elementy z dupy czy z krzaka to pokazuje to tylko niedojebanie mózgowe autora recenzji, który do takiej muzyki siadać nie powinien, bo go po prostu przerasta. Autorowi polecam zapisanie się na terapię redukującą chromosomy w organizmie. Nigdy więcej tu nie zajrzę. Nie pozdrawiam, miłego marnowania czasu 😉