Blacksnake – „Blood of the Snake” (2017)

Blood of the Snake przemyskiego Blacksnake to album bardzo kolorowy, zdecydowanie najciekawszy muzycznie z ich dotychczasowych dokonań. Nie brakuje mu paru niedociągnięć, kilka z nich mi wciąż przeszkadza, kilka, paradoksalnie, dodaje płycie uroku.

Garść info na dzień dobry: Blacksnake dość klasycznie nastawiony kwintet hardrockowo-heavymetalowy z Przemyśla. Muzyka taka, że wiecie, jak wyślecie taką płytkę do lokalnych mediów to się naczytacie o ciężkim brzmieniu, rockowym pazurze i o tym, że zespół „dobrze rockuje”. Klisza klisz. Sęk w tym, że ta klisza będzie tutaj nawet całkiem dobrze pasować. Blacksnake garściami biorą od starszych i bardziej doświadczonych. Blood of the Snake to takie jednogarnkowe danie, w które wpadło trochę Sabbath, trochę Misfits, trochę Saxon, trochę Anthrax, trochę Motorhead, trochę Mercyful Fate, trochę południowego metalu w stylu Texas Hippie Coalition. Pomieszanie z poplątaniem, ale zupełnie strawne i cały czas oscylujące wokół klasyki.

Ten miks wielu elementów jest na Blood of the Snake tak naprawdę największą zaletą. Kolorów jest tu całe mnóstwo, ale wszystkie pochodzą z jednej palety. Zespół posklejał jedenaście naprawdę fajnych, ciekawych, wciągających piosenek. Uroku dodaje nieco taki klasyczny, potępieńczy sznyt – mamy tu czarownice, krzyże, strachy na wróble i tym podobne. Podręcznik starego, dobrego horroru, proszę państwa.

Rock’n’roll Blacksnake dojrzewał przez dwie płyty, by na Blood of the Snake stać się już trunkiem wysokoprocentowym i dla każdego (pełnoletniego). Zespół w ciągu 47 minut prezentuje nam obfitość riffów, przegląd solówek i solidny zestaw fajnych, rozrywkowych melodii. W tym czasie ani razu nie mam wrażenia zjadania własnego ogona, bo aranżacje się nie powtarzają, nawet najprostsze patenty i riffy Blacksnake urozmaicają mniejszymi lub większymi ozdobnikami czy przejściami perkusyjnymi. Odnajdują się w wolnych, ciężkich numerach, troszkę a’la stare Black Label Society (np. Scarecrow Song), ale prawdziwą siłę pokazują, kiedy wskakuje piąty bieg. Hag to iście thrashowa łupana z bujającym zwolnieniem pośrodku, RNR All Day to volbeatowski przebój, Things Have Changed to zaś klasyczny heavy metal w duchu Lemmy’ego z gościnnym wokalnym udziałem Piotra Bałajana.

Wokale, właśnie. Nie mogę o nich nie wspomnieć, wszak były piętą achillesową poprzedniej płyty zespołu – Lucifer’s Bride. Na Blood of the Snake odnotowuję poprawę, więc in plus. Nie jest może jeszcze tak dobrze, jakbym sobie wyobrażał, w otwierającym płytę Carry the Cross cały czas irytują mnie opadające końcówki fraz, ale przy lekturze całego albumu nie rażą mnie już tak bardzo, w zasadzie zapominam o tym, jestem w stanie przyjąć je do wiadomości i mieć frajdę z muzyki. Momentami ta wokalna niedbałość ma uzasadnienie w stylistyce, w charakterze utworu, ale nie odnosi się do do całego albumu. Kiedy przed mikrofonem pojawiają się goście – wspomniany Piotr Bałajan w Things Have Changed i Blood of the Snake, Dominika Kobiałka w RNR All Day – robi się naprawdę przyjemnie. Ale uczciwie też trzeba przyznać, że i Kamil Rusiecki robi postępy i na albumie ma już naprawdę bardzo fajne momenty (szczególnie podoba mi się w jego wykonaniu Restless, gdzie Kamil próbuje chyba podrobić manierę wokalną Glenna Danziga. Wychodzi inaczej, bo Rusiecki ma zupełnie inny rodzaj głosu, wyższy, ostrzejszy, o innej tessiturze, ale efekt finalny jest satysfakcjonujący). Czego nie robi techniką wokalną, nadrabia jednak aranżacjami swoich partii dodając do i tak szerokiej palety muzycznej Bloodsnake jeszcze parę odcieni.

Blood of the Snake nie będzie stratą czasu, jeśli lubisz klasycznego hard rocka. Ta znoszona już stylistyka nie ma lekko, bo pełno w niej popeliny, żenady, plastikowych okularów przeciwsłonecznych, spranych czarnych t-shirtów z wilkami wyjącymi do księżyca i tatuaży z tribalami. Zróbcie sobie zatem odtrutkę od Złych Psów i Hetmana i posłuchajcie w ich miejsce czegoś, co jest dla odmiany po prostu fajne.

 

8/10

Blacksnake na Facebooku

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , .