Brojob – „Talk Shit Get Kissed” (2018)

Mam wrażenie, że gdyby nie fala nienawiści lecąca na Brojob z każdej praktycznie strony (poza jedną, która dla odmiany ich ubóstwia), ten projekt padłby po najwyżej kilku miesiącach. Na szczęście szwadrony łatwych do sprowokowania ludzi o osobowości nieheblowanej framugi zarzuciły chłopaków taką ilością pożywki dla trolli, że niedawno zaserwowali światu pełniaka. I powiem wam, że mam z nim nielichy problem.

Wydany przez Hollowed Records krążek to dwanaście numerów prostego i soczystego deathcore’u, bazującego na bujających groove’ach i breakdownach. Razem trwa czterdzieści pięć minut. I tutaj zaczyna się problem, bo jeżeli, niczym wyżej podpisany, Brojoba już jakiś czas śledzisz, to będziesz raczej rozczarowany. Nie samymi dźwiękami, jak najbardziej jest tu wszystko w porządku: jest ciężko, nisko i z jajem (ach, te gry słów). Tylko, że w Talk Shit Get Kissed na dwanaście kawałków, dziewięć pojawiało się jako single przez cały ubiegły rok. Te starsze nagrano ponownie, tych nowszych (jak Teenie Weenie) chyba nawet nie, może jedynie podrasowano nieco wokal Jacoba Wallace’a, czyli głównego wokalisty. Poza tym, jest jak i było, i trochę mnie to boli. Swoją drogą, skoro jesteśmy już przy kwestii technicznej, to miejmy ją już za sobą i stwierdźmy, że niezmiennie brzmi to nieco syntetycznie (co jest jednak wpisane w nurt), ale bardzo soczyście i równo. Za nagrania daję duży plus.

No dobrze, a co, jeżeli nigdy wcześniej Brojob nie słyszałeś? W takim razie powinno być nieźle, chociaż mam jeden, bardzo duży zarzut: piosenki są do siebie zbyt podobne. Odsłuch dwóch, trzech pod rząd daje mi porządnego kopa energii, seans z longplejem raczej nuży i zniechęca. Chłopaki próbowali jakoś to ubarwić i pododawali tam i ówdzie czyste wokale, ale to za mało, by przerwać monotonię binarnego grania. Które, jak już rzekliśmy, w małych dawkach jest naprawdę spoko. Teenie Weenie, We Are The Boyfriend Stealers albo Goth Is The New Black to potężne walce, zresztą nowe Pen Island i Let Go w niczym im nie ustępują. Save Yourself z kolei dodaje do tego minimalne wtręty symfoniczne (dobrze, że minimalne, bo brzmią jak wyciągnięte z Dziadka do orzechów. Z drugiej strony, co innego mógłby wybrać Brojob?) i całkiem niezłe mieszanie czystych (choć tu kolejne zastrzeżenie: brzydko brzmą cyfrą) i krzyczanych wokali. Jest jeszcze trochę bardziej pociągnięty w stronę ballady, gęsto śpiwany Hate Is A Disease, natomiast reszta to raczej wariacje utworów, niż pełnoprawne strzały. Mniej więcej rozumiem zamysł stojący za wydaniem Talk Shit Get Kissed, chociaż nie pochwalam go, i wolałbym poczekać kolejny rok i dostać świeżą porcję materiału, niż kompilacje dotychczasowych numerów.

I tak to z tym nowym Brojobem jest. Pomijając… „kontrowersyjne” teksty i internetową burzę, stworzyli świetny kawałek i potrafią fajnie go modyfikować, niemniej na pełną płytę to nie wystarcza. To wcale nie znaczy, że przestaję być fanem tego projektu. Wręcz przeciwnie, myślę, że od teraz możemy trzymać za nich kciuki bardziej niż dotychczas. I że zespół przestaje być formą internetowego żartu, a zaczyna karierę projektu, z którym należy się liczyć (na chwilę obecną napisanie „poważnego” byłoby co najmniej nietrafione).

Ocena: 6/10

PS: autor starał się jak najbardziej ograniczyć ilość humoru spod znaku dwóch kulek i armatki, jednak posiada świadomość, iż w przypadku niniejszego materiału jest to niewykonalne, a pewien procent genitalnych dowcipów dostał się do tekstu. Za co zupełnie nie przeprasza, by nie powiedzieć, ma to w dupie.

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , .