Burn the Priest – Legion XX (2018)

Słyszeliście o Burn the Priest? Jeżeli nie, to w ramach wyjaśnienia napiszę, iż pod tą nazwą swoją karierę rozpoczęli Panowie ze znanego w niemal każdym zakątku świata Lamb of God. Burn the Priest rozpoczęło działalność już w 1994 roku, by po EP i dwóch splitach już pod nazwą L.O.G w 2000 roku nagrać debiutancki album New American Gospel. Tak wyglądały początki jednego z bardziej wpływowych zespołów ostatnich lat. W 2018 roku historia zatoczyła koło. 10.05. to data wydania przez Nuclear Blast nowego wydawnictwa zespołu Burn the Priest Legion XX.

Album ten powstał w celu oddania hołdu inspiracjom towarzyszącym młodocianym muzykom na starcie kariery poprzez nagranie kultowych, ich zdaniem, utworów. Podejrzewam również, iż to działanie miało na celu odświeżenie stylu, który według mnie ostatnimi czasy skostniał. Po absolutnie genialnym albumie Wrath wydaje mi się, że band zjada swój ogon. Oczywiście określenie „zjadania ogonu” przez zespół o takich umiejętnościach to nadal wyżyny i nieosiągalny Mount Everest dla większości kapel, ale od takich załóg wymaga się geniuszu.

Ciekawi mnie bardzo jak Legion XX zostanie przyjęty w Polsce. Wybór utworów na covery ma niewiele wspólnego z kierunkiem muzycznym, jaki L.O.G uprawia na co dzień. Spotkałem się już przy okazji premiery singli ze stwierdzeniami, że nie ma ognia i z zapytaniami – gdzie jest metal. Mnie osobiście nie zaskoczyły wybrane kawałki. Lamb poznałem przy okazji fali metalcore, gdy z zespołami pokroju Unearth zaczęli rękoma i nogami wpychać się w świadomość fanów ciężkiej muzyki na całym świecie. Dopiero później nałożono im łatkę „new wave of american heavy metal”. W innych krajach scena hardcore i metal funkcjonuje w znacznie większej symbiozie niż w Polsce, stąd moje obawy, iż płyta może stać się swego rodzaju „brzydkim kaczątkiem”, nie przyjętym przez żadną scenę. No, ale dosyć gdybania. Skupmy się na zawartości muzycznej.

Legion XX to dziesięć coverów, głównie zespołów wywodzących się ze sceny hardcore/punk/crossover. Przeróbki te są utrzymane w stylistyce zbliżonej do oryginałów, aczkolwiek zabarwione charakterystycznym wpływem L.O.G. Objawia się to najbardziej w sposobie gry Chrisa Adlera i samym brzmieniu. Z zamkniętymi oczyma, po paru sekundach byłbym w stanie stwierdzić, że mam do czynienia z Lamb. Głosu Randy’ego także nie da się pomylić z nikim innym.

Lista coverowanych zespołów jest imponująca i w dużo lepszym guście niż ostatnie wybryki Metalliki. Mamy tu The Accused, Melvins, Big Black, S.O.D, Bad Brains, Sliang Laos, Ministry, Agnostic Front, Quicksand, Cro-Mags.

Do moich ulubionych należy oczywiście przeróbka Jesus Built My Hotrod Ministry. Bardzo się obawiałem tej kompozycji, gdyż Psalm 69 uważam za świętość i istniała możliwość, że świętość zostanie zbrukana. Obawy okazały się płonne i pozbawione sensu. Lamb załadowało pocisk do komory i wystrzeliło we mnie z głośnym hukiem.

Do bardziej udanych coverów zaliczę też dwie przeróbki crossoverowych dinozaurów z Cro-Mags i S.O.D. Oba zespoły cenię i zepsucie ich kawałków nie pozostałoby niezauważone. Szacunek dla Randy’ego za nadążenie za szybkim frazowaniem Billy’ego Milano w Kill Yourself.

Hardcorowe załogi Agnostic Front i The Accused wypadły równie mocno. Trochę bardziej metalowo niż w oryginale i z większą mocą.

Bad Brains i Melvins ciężko mi ocenić. Załogi te są tak charakterystyczne w swoim stylu, iż coverowanie ich chyba skazane jest na niemożność przebicia oryginału. Coś w stylu Refuse/Resist Sepultury, który niby jest prosty, ale brzmi właściwie tylko wtedy, gdy wychodzi spod palców jego twórców. Jest poprawnie, ale nie wybitnie.

Quicksand, Big Black i Silang Laos znam najmniej z tego towarzystwa. Utwory te podobają mi się, lecz ciężej mi zweryfikować, czy unoszą ciężar oryginałów. Fanom tych zespołów polecam samemu ocenić na ile dobre są wersje Burn the Priest.

W ramach podsumowania parę słów refleksji na temat albumów zawierających covery. Przez moją dosyć długą już przygodę z muzyką natrafiłem na kilka takich płyt, do których chce się wracać. Są to na przykład Tyrants from the Abyss – Tribute to Morbid Angel, In Conspiracy With Satan – Tribute to Bathory. Zagrać cover jest łatwo, ale nagrać go w taki sposób, by ludzie go polubili to już wyższa szkoła jazdy. Legion XX oceniam jako album bardzo dobry, nie jestem natomiast pewny, czy na tyle dobry, aby do niego wracać, tak jak robię to z wyżej wymienionymi. Mam nadzieję, że tak będzie.

Ocena: 8,5/10

Tagi: , , , , , , .