Captain Crimson – „Remind” (2017)

Dawno temu w gdyńskiej Desdemonie zdarzyło mi się widzieć szwedzki Captain Crimson na żywo w towarzystwie miejscowych z Octopussy. Zestaw to był miodny, pasujący do siebie bardzo fajnie. Z koncertu Captain Crimson pamiętam jedynie tyle, że basista miał dzwony i fajnego Rickenbackera, płyty były drogie, a występ sympatyczny. Pamiętam jeszcze, że kolega, którego na ten koncert wyciągnąłem, cieszył się, bo mu się podobało. Stwierdził wtedy, że podczas występu Captain Crimson czuł się, jakby trafił na jakiś pierwszy koncert The Doors. Trochę się zdziwiłem, ale niech mu będzie.
Captain Crimson przypomnieli mi o sobie w tym roku albumem zatytułowanym nomen omen Remind. Płytkę wydało Small Stone Records, więc wytwórnia generalnie szanowana w stonerowo-rock’n’rollowych klimatach, ale nie zauważyłem, żeby moje ulubione serwisy i blogi poświęcone tego typu muzie się o tym albumie rozpisywały. Czyli Captain Crimson został sklasyfikowany jako zapychacz rosteru w wytwórni, kapela niezła, ale drugoligowa.
Tymczasem Remind ma wszystko, żeby móc się spodobać. Nawet nie trzeba się specjalnie wysilać, żeby Captain Crimson polubić. Począwszy od nieco clutchowego Ghost Town, skończywszy na klasycznie hardrockowym Sensless Mind – album przechodzi przez wszystkie możliwe okolice klasycznego gitarowego grania. Podstawową walutą w Captain Crimson są riffy i trzeba przyznać, że Szwedzi nie rozmieniają się w tej materii na drobne. Wachlarz tego, co grywa gitara na Remind jest naprawdę spory. Jeśli wsłuchasz się wystarczająco, znajdziesz tu i Hendrixa, i Angusa Younga, i Eddiego Van Halena. Nie mam na myśli jakichś szaleńczych solówek, bo Captain Crimson są oddani piosenkom. Fajny dobór riffów i wyraźnie pulsujący bas, nadający groovik taki, że nóżka chodzi sama, zmusza wokalistę do dokładania ciekawych melodii. Recepta na fajny album brzmi prosto, ale spróbujcie sami.
Nie potrafię wymienić utworu, który podoba mi się najbardziej. Ghost Town przekonuje mnie przebojowością, refren Bells From the Uderground nieznośnie wpada w ucho, Drifting tnie świetnym, może najlepszym na albumie riffem, Let Her Go po prostu mnie bawi w dobry, lekki sposób, zaś Alone przyjemnie kojarzy się z klasycznymi balladami z epoki dzieci kwiatów, granymi na pojedynczym akustyku. Wszystko to jest zwyczajnie fajne, nie udawane, a wypracowane.
Choć wcześniej wydawało mi się, że Captain Crimson to bardziej stonerowa ferajna, to po bliższym zapoznaniu się stawiam ich obok kapel, które zdmuchnęły skutecznie kurz z klasycznego, fajnego hard rocka. Dobrze wypadają zatem w zestawie z Graveyard, ale jeszcze lepiej na przykład ze Scorpion’s Child, bo mają ten sam pociąg do dużego brzmienia (choć Remind nie jest albumem nagranym głośno) i naprawdę chwytliwych momentów. Wysyłam zatem do Captain Crimson prez Bałtyk duże propsy.

10/10

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , .