Carach Angren – “Dance and Laugh Amongst the Rotten” (2017)

Najczęstszą pożywką recenzenta są świeżynki od kapel, o których nikt jeszcze nigdy nie słyszał. Dostajemy zazwyczaj krążki, o których zawartości nie mamy bladego pojęcia i dopiero po kilku przesłuchaniach zaczynamy wyrabiać sobie zdanie na temat danego hordu. I strasznie to jest fajne.

Niemniej jednak jeszcze fajniej, jak od czasu do czasu trafi się band tzw. oczywisty w postaci materiału od potężnej wytworni. I wtedy w zasadzie nie trzeba sobie zadawać pytania „co to u diabła jest”, gdyż poprzednie płyty zespołu mamy od dawna na półce i zdanie na temat kapeli mamy już mocno ugruntowane. A nowy materiał ma jedynie potwierdzić, czy właściwych dźwięków się spodziewaliśmy. I okrutnie to jest przyjemne.

Tak właśnie było tym razem. Twórczość Carach Angren znam w stopniu co najmniej dobrym, a ich poprzednie cztery pełnowymiarowe płyty zdążyły się już podniszczyć na półce i w odtwarzaczu. Dlatego właśnie z wielką przyjemnością dobrałem się do piątego długograja zatytułowanego romantycznie i lirycznie Dance and Laugh Amongst the Rotten.

Generalnie działalność Holendrów można by rozpiąć gdzieś pomiędzy Kingiem Diamondem, Tribulation, Dimmu Borgir i może Annihilator (z czasów Alice in Hell oczywiście). W utworach sporo jest partii klawiszowych, które zapewniają niezły horrorowaty klimat. Zresztą już samo intro (Opening) wskazuje, jak kształtował się będzie album. Nieco makabry, dziecięce akordy i dźwięki mające nas przestraszyć. My na szczęście wychowaliśmy się na Abigail, Them i Conspiracy, więc takie numery znamy nie od dziś. Dalej jest już znacznie bardziej mięsiście i King Diamond ustępuje pola Dimmu Borgirowi. Tak jest w utworach numer dwa, trzy  (Blood Queen to taki miks horroru i black metalu) i cztery. Song for the Dead to znów powrót do nieco wolniejszych klimatów, jednak z growlowym wokalem. Utwór kolejny to dla odmiany kawałek znacznie szybszy i przy okazji poszarpany, bardziej rytmiczny niż melodyjny. Do tego chory połamany klimat schizofrenicznych smyczków, ostrych gitar i miarowej perkusji, który pozostaje do końca płyty, ustępując jedynie miejsca lirycznym partiom klawiszowym, podobnie jak to miało miejsce w utworze rozpoczynającym Dance and Laugh Amongst the Rotten.

Nie muszę chyba dodawać (ale dodam), że tak jak dwie poprzednie, wydane również przez Season of Mist albumy, ta płyta jest przykładem tego, jak powinien brzmieć taki materiał – produkcja jest świetna i jest to kolejny atut Carach Angren.

A sama muzyka? Równa, spójna, przemyślana, dopracowana jak królewski sarkofag, czasem chaotyczna, a czasem poukładana równiutko jak zwłoki w odkrytej trumnie. Ale właśnie wszystko to (wraz z fajnym miksem) powoduje, że Dance and Laugh Amongst the Rotten słucha się świetnie, i nawet po kilku dniach katowania poszczególne kawałki pozostają wciąż świeże jak wieńce w mauzoleum. I tak sobie myślę, że dzięki temu albumowi muzyka Carach Angren długo jeszcze mi się nie znudzi i będę jej słuchał i słuchał… aż do śmierci.

Ocena 8,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , , , .