Corpse Garden – „IAO 269” (2017)

Ta płyta zabiła mi ćwieka dużo bardziej, niż się spodziewałem. Tym z was, którzy nazwy nie kojarzą i którym brzmi ona jak kolejna deathmetalowa rzeźnia, pewnie też zabije. Sam, jako że poprzedniczkę IAO 269 znam, opis nowej płyty jako po prostu death metal uznałem za zgoła zdawkowy. Miałem rację dużo bardziej, niż można było się spodziewać.

Za pośrednictwem Godz of War Kostarykanie dostarczają nam płytę-molocha. Jest tu dziewięć utworów trwających ponad pięćdziesiąt minut. O ile zazwyczaj narzekam na długość powyżej pół godziny, a po czterdziestej minucie często tracę zainteresowanie muzyką, o tyle Corpse Garden zupełnie nie pozwoliło mi się nudzić. Za wiele się tu dzieje.

Siłą płyty jest jej rozbudowanie. Death metal, okej, jest, ale to tylko jedna, wcale nie najważniejsza część składniowa. Nie mam zamiaru rzucać terminami i nawiązaniami, zajęłyby one cały poniższy akapit. Ograniczę się tylko do przymiotnika „awangardowy”. Ciężkie, ostre i miażdżące brzmienia łączą się z wątkami lekkimi, psychodelicznymi, bardzo przestrzennymi, w przeróżne konfiguracje, dając materiał nieoczywisty i rozbudowany. To na pewno nie jest płyta na jeden odsłuch. Sam w chwili pisania mam spore wątpliwości, czy przypadkiem nie poprzedzić go jeszcze kilkoma sesjami. Wszystko jest bardzo autentyczne, żywe i przemyślane. Oraz przesycone klimatem, a klimat ten… oj panie, nie wiem, jak udało się połączyć atmosferę ciasnych, spowitych halucynogennym dymem, mistycznych rytuałów praktykowanych w piwnicy w stylu Lovecrafta (rytuały, nie piwnica) z zimną i czystą nieskończonością kosmosu, ale się udało. Ciężar przeplata się z melodią, motywy wykrzywione z sterylnością, niepokój z czymś przyciągającym. Opisywanie tego w ogóle jest raczej bezcelowe, bo i IAO 269 wydaje się być bardzo personalny, przez co każdy słuchacz odbierze go zgoła inaczej.

W moim przypadku najwięcej uwagi przykładałem do okultystycznej psychodelii i transowości. Tutaj na pewno trzeba powiedzieć o La Muerte: Principio y Redención, które z metalem ma niewiele wspólnego. Zaczyna się świetną arabeską, potem zaskakuje motywami rodem z lekkiego, latającego stonera, by rozwinąć się w coś na skraju dark ambientu, psychodelii i muzyki postnej.  The Elvenfold Vibration też jest wręcz ćpuńskie, a samo zakończenie tego numeru zakrawa o paskudny bad trip. Tak samo, jak powykrzywiany na wszystkie strony numer tytułowy, w którym, na przekór światu, całość zgrywa się niesłychanie dobrze. Poczucie niepokoju, jakkolwiek obecne przez całe nagranie, najbardziej przejawia się w Selenomantic Ecstasies i Expanding the Vision Call. Przynajmniej wobec mnie. Z kolei, Ain Soph Aur przytłacza raczej mocą niż atmosferą, miażdżąc słuchacza jak twitterowe wpisy Ziemkiewicza zdrowy rozsądek.

Przy tak kompleksowym, rozbudowanym projekcie nie mogło się obyć bez kilku wad. Tylko że, jak już pisałem, płyta prawdopodobnie każdemu będzie smakować inaczej, więc i wady będą inaczej rozmieszczone. Cwane, nie ma co. To, co mi przeszkadzało, policzyłby na jednej ręce nieuważny drwal. Primo, w pewnym momencie płyta wydaje mi się aż za bardzo progresywna, dorzuca za dużo motywów zamiast rozwinąć obecne. Secundo, końcówka do Death Hex wydaje mi się strasznie bezsensowna, brzmi jak zakończenie nagrania live. I o ile pierwszy zarzut jestem gotów darować, bo zawsze pojawiał się w innym momencie, o tyle drugi przeszkadzał mi od początku. Ale to przecież małe głupstwo.

Tym bardziej, że za nowym Corpse Garden przemawiają nie tylko fenomenalne kompozycje, ale też produkcja. Nieważne, czy mówimy o śmiertelno-zagładowym walcu czy ambientowej przestrzeni, IAO 269 wyprodukowane jest wzorowo. Wkład każdego z artystów (rzadko używam tego słowa, wyciągnij wnioski) jest czytelny, dzięki czemu możesz jeszcze bardziej podziwiać ich pracę. Szczególnie mówię tu o tym, co zrobili wokalista i basista. Po prostu czapki z głów.

Ostatnio użyłem w tekście podobnego zwrotu, niemniej tutaj pasuje jak mało gdzie: koledzy śmieją się z ciebie, że metal to tępy jazgot dla podludzi? Pokaż im najnowszy Corpse Garden. A ja podnoszę szczękę z podłogi i lecę go zapętlić.

Ocena: 9,5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , .