Cytotoxin – „Gammageddon” (2017)

Pięć lat dzielące nas od premiery Radiophobii sprawiło, że świadomość istnienia niemieckiego Cytotoxin, oraz nadzieje związane z trzecim ich wydawnictwem, nieco we mnie osłabły, by nie powiedzieć, że całkiem już o tym projekcie zapomniałem. Niemniej puszczony w obieg jakiś czas temu singiel przypomniał mi o tej ekipie. Zachęcony zapowiedzią odświeżyłem dotychczasowy ich materiał, szczególnie wspomnianą i niesamowicie smaczną Radiophobię, i zabrałem się za odsłuch oraz recenzję nowej płyty. Mam wątpliwości, czy był to wybitnie dobry pomysł.

Gammageddon wydany został przez Unique Leader Records. Sam ten fakt powinien was uświadomić, że mowa o death metalu ostrym, brutalnym i technicznym. Zawiera dziesięć kompozycji trwających razem mniej więcej czterdzieści minut.

Od razu wyjaśnię, że mimo sympatii do poprzednich dokonań Niemców, hajp na nową płytę nie udzielił mi się wcale. Staniki nie latały, ślinka nie ciekła, bardziej można powiedzieć o dobrych wspomnieniach i małej nadziei, że znów będzie fajnie. Z takim właśnie podejściem odpaliłem pierwszy Radiatus Generis. Na początku nie byłem pewny, co o tym krążku myśleć. Utwór w teorii pasuje do wcześniejszych dokonań Cytotoxin. Zaczyna się techniczną wstawką, potem miesza technikalia i bujające groove’y i breakdowny, tworząc chwytliwą mieszankę brutalnego techdeathu. Tylko, że przy okazji wszystko to utraciło gdzieś swojego ducha. Wcześniej wybiegi techniczne były tylko dodatkiem do czucia muzyki, co wychodziło świetnie. Teraz, co prawda, mocne i chwytliwe motywy też się często zdarzają, niemniej na pierwszy plan wysuwa się techniczny onanizm. Następny Chaos Cascade wygląda bardzo podobnie. I następny kawałek też. W pewnym momencie zorientowałem się, że Gammageddon składa się w całości z powtarzania jednej piosenki, zmieniając tylko kosmetykę motywów. Jedynym wyróżniającym się strzałem jest Chernopolis, zresztą to także chyba jedyna ścieżka, w którym intro nie jest po prostu trzepaniem gruchy spod znaku „ooo, jak szybko umiem grać”, tylko ma sens i pasuje. Poza tym wymienię jeszcze tytułowy Gammageddon, który nie tyle jest najlepszym numerem, co najlepszą wersją tego numeru. Ostrzegam, gdy już zorientujesz się, że schemat technika-bujanie-technika-bujanie w utworach przewija się ciągle i ciągle, wydawnictwo straci ogromną część uroku.

Oczywiście płyta ma swoje plusy. Muzycy są bardzo sprawni technicznie i nie zamierzają się z tym kryć. Niektóre motywy potrafią wyrwać z butów. Samo brzmienie jest perfekcyjne dla techniczno-brutalnego death metalu. Ale zabrakło tu czegoś, co nadałoby Gammageddonowi osobowość. Bardziej przypomina wytwór fabryczny, doskonale wykonany, trzymający się co do sekundy ustalonego planu, oraz całkowicie bez duszy. Tym samym brakuje tu dzikości i agresji.

Zakładam, że nieokreślenie duży procent odbiorów stwierdzi że gówno prawda, płyta miodzio i więcej takich światu potrzeba. Kłócić się z tym nie zamierzam. Sam ponad techniczne szpanerstwo przekładam emocje, a zaplanowana do końca kompozycja nie zastąpi pomysłowości. Wracam więc do niesilącej się na udowadnianie czegokolwiek, szczerej i mocarnej Radiophobii.

Ocena: 6/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , .