Der Weg Einer Freiheit – “Finisterre” (2017)

Na czwarty z kolei pełnowymiarowy album niemieckiego kwartetu Der Weg Einer Freihet czekałem chyba bardziej niż na nowego Satyricona czy Samaela. I choć Season of Mist przesłał naszej redakcji cyfrową wersję albumu jeszcze przez Brutal Assault (na którym nota bene miałem okazję przywitać się z Nikitą i spółką), to napięty grafik festiwalowo-koncertowy nie pozwolił mi na wcześniejszą recenzję Finisterre. Miałem natomiast czas, żeby ładne parę razy przewałkować album od dechy do dechy.

Dnia wydania Finisterre bałem się jak żadnej innej premiery w ostatnim czasie. Z jednej strony absolutnie genialne poprzednie trzy albumy (i 2 EPki) wyostrzyły mój apetyt i wyśrubowały wyobrażenie do absolutnych granic możliwości, a z drugiej strony zdrowy rozsądek podpowiadał, że lepszego albumu niż Stellar czy Unstille zrobić się po prostu już nie da. Ale żyłem nadzieją…

Album otwiera swoista inwokacja traktująca o dwoistości ludzkiej natury i opierająca się na inspiracji filmem (i książką) Ściana z 2012 roku. A potem się zaczyna…

Aufbuch, z którym zespół pozwolił nam zapoznać się przedpremierowo już jakiś czas temu to po prostu petarda. Bezkompromisowy, szybki i brutalny, a jednocześnie piękny i liryczny. Czyli dokładnie taki, do jakich Nikita zdążył nas przyzwyczaić. Tylko chyba jeszcze bardziej. Nowy wymiar absolutu i kropka. Kolejny kawałek to trochę powrót do Stellar; mieszane tempo, nostalgiczno-melancholijny klimat i koncept melodyczny dopracowany do perfekcji. Długi trzynastominutowy sztos, którego można się było spodziewać. Pierwsza część Skepsis znów zaczyna się fonicznym ciosem w splot słoneczny. Pierwszoplanowa perkusja nadaje naprawdę szybkiego tempa, a gitara wydaje się tłem dla popisów Tobiasa. Natomiast całość kończy się przepięknym, przepięknym fragmentem lirycznym, który targa uczuciami niczym odsłoniętymi nerwami. Słodki Jezusie ze śliwkami w czekoladzie, ale koncept! Płynnie przechodzi on w drugą część kawałka, który choć równie genialny ma jeden zgrzyt. W pierwszej minucie wokal tak jakby nie nadążał za muzyką i od czasu do czasu musiał „podbiegać”, by dotrzymać kroku rozpędzonej maszynie Der Weg. I trochę to razi. Na szczęście już pozostałe prawie pięć minut utworu wracają do ustabilizowanego poziomu. Ostatni (w podstawowej wersji) kawałek to tytułowy Finisterre. Ciężko powiedzieć, czy to najlepszy na płycie numer, czy najszybszy. Z pewnością jednak przepełniony wyeksponowanym blastem, jadowitym wokalem i pięknymi partiami gitary. Nikita ma dar do pięknych riffów. Naprawdę. To chyba one z drugiego planu robią robotę na tych wszystkich albumach. W wydaniach ekskluzywnych (limitowane boxy i winyle) znaleźć można dodatkowo kawałek Neubeginn (nazwą tą zespół nazwał boxową edycję czterech pierwszych wydawnictw w wydaniu winylowym) z pierwszego albumu Der Weg Einer Freiheit. Jest jednak nagrany od początku i brzmi naprawdę świeżo, czym zaprasza chyba do zapoznania się z wcześniejszą działalnością zespołu.

Bałem się, że Nikita i Tobias nie dadzą rady przeskoczyć poprzeczki, którą postawili sobie przecież pod niebiosami. A jednak zrobili to z taką lekkością, jakby już dawno mieli wszystko przemyślane i nagrane. W 2017 roku Der Weg Einer Freiheit jest jeszcze szybszy, brutalniejszy, ostrzejszy, a jednocześnie równie liryczny, nostalgiczny i piękny jak na poprzednich płytach. To kolejny najlepszy album muzyków z Bawarii, i zabijcie mnie, drzyjcie pasy, Finisterre znów wydaje się lepszy od Stellar, który to wydaje się lepszy od Unstille, Wacht/In die Weiten, Agonie czy Der Weg Einer Freiheit. Ale pewnie znów tylko dlatego, że akurat Finisterre słucham teraz. Słuchając Agonie, to pewnie za tę EPkę dałbym się pokroić.

Pewne jest jedno. W tym przepełnionym wszechobecną muzyką oraz różnymi zespołami świecie nie ma, powtórzę: nie ma tak genialnej kapeli jak Der Weg Einer Freiheit. I długo pewnie nie będzie.

Ocena 10,0/10,0.

 

Latest posts by Maciek Masta (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .