Deströyer 666 – „Call of the Wild” (2018)

Deströyer 666 to zespół z dość ciekawą dyskografią. Muzycy zadebiutowali wspaniałym Unchain the Wolves w 1997, który wyrósł na jeden z najbardziej rozpoznawalnych albumów black/thrash metalowej hybrydy w dziejach historii. Następnie Australijczycy wydali kolejne dwie płyty, które przypieczętowały ich pozycję na arenie międzynarodowej. Mowa oczywiście o Phoenix Rising (2000) i Cold Steel… for an Iron Age (2002). Po nagraniu trzech olśniewających krążków Panowie nie byli już tak płodni jak wcześniej i na kolejne wydawnictwo zespołu trzeba było czekać aż do roku 2009, gdy ukazał się Defiance, który często wymieniany jest jako najsłabsze dokonanie kapeli. Dwa lata temu, po kolejnej dłuższej, siedmioletniej przerwie, powrócili ze wspaniałym wydawnictwem, jakim okazał się być Wildfire. Dzięki temu albumowi Deströyer 666 ponownie zyskali zainteresowanie szerszego grona słuchaczy i powrócili do ekstensywnego koncertowania. Wydawało się, że po sukcesie, jaki odniósł ostatni longplay zespołu Panowie wkroczą do studia w celu nagrania nowego, szóstego już krążka. Tymczasem znany z nietypowych, wręcz kontrowersyjnych zachowań i absolutnego nonkonformizmu, lider formacji, K.K. Warslut postanowił zupełnie inaczej. Zdecydował, że w pierwszym kwartale 2018 roku światło dzienne ujrzy EPka o nazwie Call of the Wild. Pomimo wstępnego rozczarowania faktem, że jest to jedynie mini-album a nie pełnowymiarowe wydawnictwo, doszedłem do wniosku, że trzeba cieszyć się tym, co dają, a darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby.

Czwarty mini-album Australijczyków zawiera trzy nowe utwory oraz jeden, który pojawił się już wcześniej na EPce Terror Abraxas. Chodzi o utwór zatytułowany Trialed by Fire, który jednocześnie jest najdłuższym nagraniem tego krążka. Cała płyta trwa niespełna 20 minut, więc przesłuchanie jej bez utraty koncentracji nie sprawia większego problemu. Od pierwszych brzmień otwierającego nagranie Violence Is Golden oczywiste jest, że zespół dalej podąża ścieżką obraną na Wildfire. Najnowsza EPka Panów z Deströyer 666 to najzwyczajniej w świecie kontynuacja pomysłów z poprzedniego wydawnictwa, okraszona nieco bardziej przejrzystą i generalnie ‘czystszą’ produkcją. Szczerze mówiąc, nie do końca jestem przychylny takiemu obrotowi spraw, jako że jestem zwolennikiem brudnego, nieulepszonego brzmienia, którego doświadczyć można było m. in. na Unchain the Wolves czy Phoenix Rising. Proszę nie zrozumieć mnie źle, nie mam nic przeciwko profesjonalnie produkowanym wydawnictwom, ale osobiście uważam, że muzyce Deströyer 666 bardziej odpowiadają surowe, szorstkie dźwięki niż starannie dopieszczone i pozbawione skazy kompozycje.  

Call of the Wild to nagranie, na którym ponownie usłyszeć można heavymetalowe riffy i czyste wokale. Jak już mówiłem, jest to kontynuacja brzmienia wypracowanego na Wildfire, na którym Australijczycy zdecydowali się wcielić elementy klasycznego heavy metalu. Nie zrezygnowali  z unikalnego black/thrashowego brzmienia, z którego są tak dobrze znani, jednocześnie wprowadzając do swojej muzyki pewne interesujące innowacje. Nie jest to płyta genialna i wyjątkowa. Opisałbym ją jako dopełnienie konceptu i brzmienia, zapoczątkowanego wraz z wydaniem piątego pełnowymiarowego albumu zespołu. Jak na 3 nowe kompozycje, pole manewru jest stosunkowo wąskie. Na EPce szczególną uwagę należy zwrócić na utwór rozpoczynający, Violence Is Golden, i piosenkę tytułową. Są to najciekawsze kompozycje na mini-albumie, który tak naprawdę mógłby nosić nazwę Wildfire 2.0. Nie jestem zachwycony faktem, iż zespół na sam koniec na siłę ‘wcisnął’ na EPkę utwór Trialed by Fire, jako że nie wnosi absolutnie żadnej nowej jakości na wydawnictwo. Nie za bardzo rozumiem, po co po raz kolejny wydawać utwór, który nie uległ w większym stopniu zmianie aranżacyjnej, i co więcej, lepiej brzmiał w oryginalnej wersji.

Call of the Wild nie jest tak dobrym krążkiem, aby nazwać go pozycją obowiązkową. Jest to na pewno smaczny kąsek dla fanów Deströyer 666, ale nic poza tym. Jak już mówiłem, EPka stylowo nie różni się od poprzedniej płyty Australijczyków i najlepiej traktować ją jako przyrodniego brata albumu Wildfire. Osobiście mam nadzieję, że to wydawnictwo jest jedynie przystawką przed daniem głównym, którym będzie szósty pełnowymiarowy album zespołu, który – głęboko w to wierzę – ukaże się w niedalekiej przyszłości.

  7/10 

 

Marcel Szczepanik

Marcel Szczepanik

I'm the living witness
Of the torment and the pain
I was doomed to see the planet die
Marcel Szczepanik

Latest posts by Marcel Szczepanik (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .