Devil In The Name – „Devil In The Name” 2018

Słuchanie debiutanckiej płyty Devil In The Name jest jak podróż rozklekotanym, ciut przerdzewiałym pick-upem po bezdrożach Arizony: czasem piasek zachrzęści między zębami, swąd benzyny i wycie kojotów też nie umilą wyprawy, a gardło będzie piekło z pragnienia. A jednak mimo tych pozornych niedogodności, taka jazda ma swój niepowtarzalny klimat, który wielu doceni. Kto bowiem lubi muzykę mieszczącą się gdzieś na pograniczu klasycznego, przybrudzonego hard rocka, stonerowej szorstkości i prostoty oraz doomowej psychodelii, ten z zaciekawieniem powinien pochylić się nad propozycją Katowiczan.

Porównywania do Black Sabbath, zwłaszcza z początkowych okresów działalności grupy, są tutaj niepotrzebne, bo przecież cała scena odwołuje się do podobnych korzeni. Słychać tu po prostu ducha co bardziej zgrzytliwych kapel z początku lat 70.. Można też wyczuć na płycie powinowactwo z tuzami stoner/doomowymi tuzami, jak Kyuss, albo wczesne Fu Manchu, ale i ze współczesnymi ekipami, by wymienić Clutch. Trzeci zaś trop, to scena grunge’owa. Nawet jeśli Devil In The Name bezpośrednio nie odwołują się do tego typu inspiracji, to przecież zespoły z Seattle nawiązywały świadomie, lub nie, do podobnych wzorców. Grunge’ową nutę usłyszeć można chyba najmocniej w takich kawałkach, jak w mrocznym, narkotycznym, przytłaczającym (to wszystko komplementy) Dark Summer czy w lekko psychodelicznym Under the Stars. Kawałki na płycie czasem dość przyjemnie – jak na doomowe standardy – bujają (Shadow i Mirror Wizard), innym razem wciągają w odmęty przesterowanych dźwięków (Box of Emptiness albo Bar of the Last Hope). Najważniejsze jednak, że jest dziarsko, zgrzytliwie, nieokrzesanie i niesterylnie (Wolfsong i Venom). Tak właściwie być powinno, ale – by trzymać się przywołanego już wcześniej porównania – niektórzy od jazdy brudnym pick-upem wolą przejażdżkę wygodną limuzyną. Trudno.

Czy są jakieś mankamenty? Nie tak duże, by przykryć pozytywny wydźwięk całości. Produkcja nie jest może wybitna, ale ten przybrudzony, szorstki sound ma jak najbardziej rację bytu w preferowanym przez Devil In The Name stylu. Czasem odnosiłem wrażenie, że da się „bardziej”, że można jeszcze dokręcić to i owo, mocniej wciągnąć słuchacza w bagienne wyziewy ciężkich riffów, jeszcze intensywniej przeczołgać go po pustynnym żwirze. Oczywiście lepsze bywa wrogiem dobrego, więc trudno powiedzieć, w jaką jeszcze stronę mógłby wyewoluować debiutancki krążek. Póki co jest naprawdę nieźle. Czerpiąc z dobrych stonerowo/doomowych wzorców, zespół stworzył autorski materiał, który nieźle wpisuje się w kanony gatunku.

ocena: 7/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

Strona Infernum Media na Facebooku

Paweł Lach

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru i eksperymentów za daleko idących, jak minimalistyczne suity wygrywane na liściu dębu, poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .