DevilDriver – „Outlaws ’till The End” (2018)

Po niemal dwuletniej ciszy wraca na salony DevilDriver, dowodzony przez charyzmatycznego frontmana Deza Fafarę. Według głównodowodzącego zespół przez pewien czas praktycznie nie istniał i powraca teraz dzięki płycie Outlaws ’till The End, która zawiera w sobie dwanaście przeróbek amerykańskich klasyków country. Płytę wydaje Napalm Records, a co za tym idzie, liczę na dobrą promocję koncertową w Europie i gig w Polsce.

Szacunek do muzyki Deza mam od czasu Coal Chamber. W czasie, gdy osiągali swoje największe sukcesy, dotarli również do mnie. Były to czasy, kiedy Slipknot nagrał swój potężny debiut, a Korn stał się ogromnym zespołem. Ja przechodziłem wtedy okres tak zwanego buntu młodzieńczego i muzyka tych wykonawców bardzo do mnie trafiała, dzięki swej agresji i tekstom.

Gdy dokonał się czas Coal Chamber, Dez zadebiutował z nowym projektem, osadzonym jeszcze w małym stopniu w nu-metalu, ale głównie zbudowanym na klasycznym brzmieniu i rozumieniu metalu. Nazwa tego zespołu to DevilDriver. Zaskoczenie moje było ogromne, gdy usłyszałem jak brutalny może być głos Deza. O ile debiut sprawiał jeszcze wrażenie poszukującego swojego stylu, tak druga płyta to był już absolutny cios. Wraz z The Fury of Our Maker’s Hand Devildriver wskoczył do pierwszej ligi nowej fali amerykańskiego heavy metalu, by z Chimaira i Lamb of God zrewolucjonizować metal.

Dziś, po wydaniu łącznie siedmiu albumów, zespół powraca z albumem dosyć kontrowersyjnym w swojej zawartości i założeniu. Dwanaście utworów, dwanaście counrty klasyków i wreszcie dwanaście wersji DevilDriver.

Pierwszy singiel i zarazem otwieracz na płycie nie porwał mnie. Teraz, gdy znam całość, jestem bogatszy we wiedzę, iż płyta nie jest tak bezpiecznie skomponowana, jak Country Heroes, którego autorem i zarazem gościem w nim występującym jest Hank III. Z drugim singlem miałem podobnie. Masa znakomitych gości, a i tak coś mnie nie przekonywało w Ghost Riders In the Sky. Wydawały mi się te kompozycje dosyć tanie i mało przebojowe…

Nic bardziej mylnego, po kilku odsłuchach Outlaws ’till the End weszło mi jak zimne piwo na brutalnego kaca. DevilDriver, wybierając przeboje, utrzymał ich zaraźliwą melodykę, jednocześnie dokładając ciężar, technikę i brutalność. Jest to miks trafiający do mnie bezproblemowo i powodujący uśmiech na twarzy. Wystarczy włączyć Whiskey River, by poznać możliwości tego albumu. Dez w kooperacji z liderem Lamb of God, Randy’m Blythe dosięga tu granic ekstremy wokalnej. Ich screamy razem brzmią arcy-brutalnie, dołóżcie do tego black i death metalowe riffy,a otrzymacie najcięższy utwór w historii DevilDriver. Jest to niewątpliwie mój faworyt na tej płycie.

Trzeci, Oulaw Man jest nieco wolniejszy. Pierwotnie wykonywany przez The Eagles, w wykonaniu Deza i spółki stał się groove’owym hitem, zbudowanym na chorym biciu stopy w stylu Fear Factory i bardzo dobrze położonych wokalach. Ghost Riders In the Sky, jak pisałem wyżej, nie porwał mnie od razu. Teraz jednak siedzi w mojej głowie i nie pozwala siebie wydalić z podświadomości. Bezczelne i westernowe „Yuppi Ya Yo, Yuppi Ya Yey” śpiewam od jakiegoś czasu non stop i nie jestem w stanie tego refrenu wybić ze swojej głowy.

Nie chcę opisywać tu dokładnie każdej kompozycji, ponieważ recenzja ta stałaby się epopeją. DevilDriver utrzymał melodykę i „barbarzyństwo” oryginałów, ubrał to w niebanalne aranże, zabarwił imponującą techniką, dowalając jednocześnie moc rozpędzonego stada byków. Wydaje się, że skład zespołu AD 2018 jest w stanie zagrać wszystko i na dodatek jeszcze to zakręcić. Z kolei wokale Deza, zawsze będące ogromnym atutem zespołu, znowu weszły na najwyższy poziom wykonania. Niesprawiedliwym by było też nie wspomnieć o gościach, którzy swoimi profesjonalnymi wykonami również dołożyli cegiełkę jakości albumu. Są to Hank III, John Carter Cash, Ana Cristina Cash, Randy Blythe i Mark Morton z Lamb Of God, Brock Lindow z 36 Crazyfists, Lee Wing z Fear, Wednesday 13 i Burton C.Bell z Fear Factory.

Przyznaje, że zostałem mile zaskoczony tym albumem. Nie jest to zwykła płyta z coverami, jest to obietnica. Obietnica świetnej przyszłości DevilDriver i obietnica dla słuchaczy, że kolejne płyty bez problemu uniosą poziom najlepszych dokonań zespołu. Ostatecznie jest to też obietnica świetnych koncertów, których do tej pory byli mistrzami, a przerwa w ich graniu mogła spowodować niepokój wśród fanów. Outlaws ’till the End wzbudza u mnie chłopięce marzenia o byciu kowbojem, twardzielem wyjętym spod prawa, ale będącym w głębi dobrym typem i obrońcą słabszych. Nie pozostaje mi nic innego jak po kolejnym przesłuchaniu płyty zasiąść do następnego odcinka Westworld, którego – jak się szczęśliwie złożyło – jestem w trakcie oglądania.

9.5/10

Tagi: , , , , , , .