Dimmu Borgir – „Eonian” (2018)

Uff, to będzie bardzo ciężkie recenzowanie. Po pierwsze od czasów Abrahadabry minęło osiem długich lat, a że ten album był jednym z moich ulubionych w tamtych czasach, na nowe wydawnictwo Norwegów czekałem jak pies na babę. Po drugie, Dimmu to moja miłość czasów młodzieńczych, a takie płyty jak Stormblast czy Enthrone Darkness Triumphant (nie wspominając o późniejszych od roku 2001) były grane do śmierci technicznej nośnika. A po trzecie, recenzja Abrahadabry była moim „pisarskim” debiutem i tym samym zataczam dziś swego rodzaju koło historii.

Nie muszę więc wspominać, że jak tylko dowiedziałem się o możliwości zamówienia Eoniana, to rzuciłem wszystko i wszedłem na stronę Nuclear Blast. Spośród kilku opcji (różnego sortu winyle, dwa rodzaje boksów i digipack) wybrałem wersję najbardziej wypasioną. Wiecie, tę z ekspresem do kawy (a nie, to Behemoth), piersiówką (ups, to Varg) i zestawem pięćdziesięciu innych mało potrzebnych rzeczy z logiem zespołu. No cóż, jak fan to fan.

Pierwszy pojawił się jednak biednawy digipack do recenzji. Rozpakowałem więc go jeszcze w samochodzie i wrzuciłem płytę szybko do odtwarzacza.

A właśnie – sprawa opakowania. Ponieważ stoję na stanowisku, że pudełko i grafika są ważne na równi z zawartością krążka, to i tej okładce przyjrzałem się z nieskrywaną ciekawością. Zespół po raz (chyba) pierwszy odszedł od tandetnej stylistyki nurtowych kreatur i stworzył coś na kształt dzieła graficznego. No cóż, tym razem również nie zostałem powalony na kolana, ale zainteresowało mnie coś innego – w środku znalazłem zdjęcia wszystkich muzyków zespołu (na Abrahadabrze oficjalnie występował tylko Shagrath, Silenioz i Galder), a to już sprawa godna zaznaczenia. Niestety skład zespołu w dalszym ciągu wpisano jako trzyosobowy. Znalazłem też we wkładce zdjęcia z rejonu dimmuborgir na Islandii. No i teksty, plus takie tam standardowe zapiski.

Sednem jest jednak zawsze krążek. A ten zaczyna się specyficznie. Pierwsze takty The Unveiling brzmią tak, jakby Shagrath chciałby poprosić nas o wyregulowanie odbiorników. Na szczęście po chwili rozpoczyna się muzyczna uczta. Bardzo zresztą elegancka i złożona z dań delikatnych i subtelnych. Całość brzmi miejscami jak Therion z czasów A’arab Zaraq – Lucid Dreaming lub The Miskolc Experience. W ekstremalnych przypadkach Norwegowie przypominają nieco Manowar z czasów Warriors of the World. Oczywiście całość pachnie nieco Abrahadabrą, ale wyłącznie pachnie. Natomiast obok In Sorte Diaboli czy Puritanical Euphoric Misanthropia to to nawet nie stało. Alpha Aeon Omega przypomina mi natomiast Baldurs Tod Falkenbacha. Chyba najlepszy utwór na płycie z szybką perkusją i gitarami, ostrym growlem i delikatną niczym aksamit symfoniką.

Generalizując, utwory nie są specjalnie szybkie, a z pewnością nie ociekają jadem czy brutalnością. Perkusista nie piorunuje uderzeniem Hellhammera, a gitary nie wwiercają się w mózg z mocą młota udarowego. Za to wygładzające całość chórki i sekcja symfoniczna to pierwsza klasa. Szkoda tylko, że na nieco oklepaną modłę. Oczywiście wszystkie te atrybuty nie są złymi cechami płyty. Płyta jest oczywiście świetnie nagrana i wyprodukowana, i z tej strony nie można się absolutnie do niczego przyczepić. A na przykład Falkenbachowaty, kawałek przedostatni, w ogóle jest genialny! Tylko czy to jest jeszcze Dimmu Borgir, o jakim myślimy? Moim zdaniem Panowie zagalopowali się za daleko.

Płytę przesłuchałem dobre kilka razy. Na początku przyswoiłem tylko te utwory, które znałem już wcześniej. Z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywałem na niej coś nowego. Niemniej jednak poza dwoma utworami znanymi z internetów oraz dwoma ostatnimi utworami na krążku, płyta wydała mi się odzwierciedleniem okładki – niby ciekawa i kunsztowna, ale po głębszej analizie okazuje się kolejnym, udającym arcydzieło wytworem masowej produkcji. A szkoda…

Polecam jednak zdecydowanie samodzielne poobcowanie z Eonianem. Może Wam akurat taka odsłona black metalu bardziej przypadnie do gustu.

Ocena 8,0/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , , , , .