Diuna – „The Very Best of the Golden Hits” (2017)

Płyta The Very Best of the Golden Hits ma tytuł bazujący na dowcipie, którym zachwycały się już pierwsze muzykujące velociraptory pod koniec okresu kredy (że niby to takie przewrotne nazwać debiutancką płytę „very best”, albo „golden hits”, albo jedno i drugie), ale nie tytuł jest tu najważniejszy. Zgodnie z ckliwym powiedzeniem utylizowanym przez reklamy EMPiKu stwierdzam, że najważniejsze jest w środku. To, co na płycie się znalazło działa na mnie bardzo fajnie, ale za cholerę nie wiem czemu, bo nie powinno.
TVBOTG to przypadek dziwny. Podoba mi się, choć jestem w stanie wymienić mnóstwo mankamentów. Sęk w tym, że te wady, zsumowane, wydają się w jakiś sposób urocze, tak jak rodzice dziecka za urocze uznają to, że nie potrafi ono jeszcze samo jeść, chodzi nieporadnie, nie umie się komunikować i ryczy nie wiadomo dlaczego w środku nocy. No i tak na płycie Diuny kilka rzeczy powinno mnie irytować. Na przykład to, że nie zawsze rozumiem co wokalista właściwie śpiewa, choć przecież śpiewa do mnie w moim języku (niby Śmieć w czerwcu, ale w sumie to nie wiem, czy słyszę „śmieć”, „śnieg” czy „śmierć”). No nie rozumiem momentami, ale jakoś mi to nie przeszkadza, wsłuchuję się jeszcze bardziej, bo w gruncie rzeczy teksty są świetne, pokręcone, nieoczywiste. Wydaje mi się, że to kwestia jakości rejestracji dźwięku tudzież miksu, co też powinno mnie wkurzać, ale jakby to wygładzić to przecież nie brzmiałoby tak soczyście i naturalnie i wkurzałoby mnie jeszcze bardziej. A może to kwestia tego, że teksty interpetowane są w poprzek zasad polszczyzny, akcentowane totalnie źle, żeby dopasować je do muzyki? I przypomina mi się, jak z jednym z polskich wokalistów komentowaliśmy nową płytę Corruption dochodząc do wniosku, że to błędne akcentowanie w angielskim jest totalnie niedopuszczalne. A w polskim? Czy uznam zatem, że wokalista Diuny nie potrafi porozumiewać się po polsku, więc błędnie akcentuje, czy stwierdzę, że to zabawa językiem? No jasne, że zasądzę to drugie, wprowadzając w ten sposób zasadę podwójnych standardów. No i jest jeszcze to, że momentami Diuna powinna mnie nudzić. Taki numer Uczta to przecież niemal 6 minut monotonnego, powtarzającego się riffu składającego się na utwór, który nie powinien mieć żadnego napięcia, powinien być płaski i nijaki, a tymczasem z jakiegoś nieznanego mi powodu wkręcam się w niego strasznie, ekscytuję się jak na filmie akcji, na dodatek utożsamiam się z podmiotem lirycznym i wyobrażam siebie samego jako bohatera tej pojebanej historii, o której nie potrafię nawet powiedzieć, czy kończy się happy endem, czy nie.
TVBOTGH toruńskiej Diuny wkurwia mnie straszliwie jako domorsłego naukowca, bo robi coś, oddziaływuje, fascynuje i bawi, a ja nie potrafię rozgryźć jak. Chłodna analiza tej płyty potwierdza, że przecież nic tu nie powinno mnie zachwycić, że powinienem co najwyżej stwierdzić, że jest okej, maks czwórka z minusem, a ja tymczasem od jakiegoś miesiąca katuję płytę prawie non stop. Jeśli zatem chcesz 2018 rok zacząć od płyty po prostu świetnej, pełnej mocnego rocka, stonerowych riffów, dziwacznych tekstów i hippisowskiego charakteru, to sięgaj po Diunę śmiało. Ale jeśli będziesz się potem głowił, jak to jest, że się wkręciłeś, skoro nie powinieneś, i w rezultacie popadniesz w paranoję próbując tę tajemnicę rozkminić, a potem wylądujesz w zakładzie zamkniętym zostawiając swoją rodzinę bez żywiciela, to niech twoi prawnicy wysyłają pozwy do Diuny, nie do mnie. Ja ostrzegałem.

9/10

 

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , .