Erebos – “The Light in My Darkness” (2017)

Odsłona pierwsza.

Pukanie do drzwi. Listonosz podaje paczkę, ewidentnie z płytą w środku. Odbierając przesyłkę, uzmysławiam sobie, że przecież niczego ostatnio nie kupowałem. Niemniej jednak przyjmuję ją, rozpakowuję i moim zdziwionym oczom ukazuje się najnowsze (drugie już) wydawnictwo mojego prawie-że sąsiada Erebosa. Niestety zgrabny digipack nie zdzierżył mąk zadanych przez Pocztę Polską. No trudno – myślę sobie. Sama płyta na szczęście cała a pudełko… cóż, może jak wsadzę na półkę i nie będę za często wyciągał, to nie będzie mnie denerwowało.

Odsłona druga.

Wkładając płytę do odtwarzacza, pomyślałem, że przesłucham i spłynie jak po kaczce. W końcu ambient, nawet połączony z black metalem, nie jest ani odkrywczy, ani specjalnie zajmujący. W końcu ileż razy można słuchać tych samych lub podobnych do siebie fraz powtarzanych do znudzenia po sto razy? Naciskam więc play i już po chwili… padam!

Niby tylko 4 utwory, niby tylko 39 minut i niby tylko ambient, ale ileż w tym różnorodności! Każdy kawałek różniący się od pozostałych jak kropla rosy od kropli wina. Niektóre spokojne i oldschoolowe niczym pamiętne Mortiisy, a niektóre to ostre post-blackowe nowomodne buntownicze wyziewy.

Płytę otwiera Long Before Elves Awoke, z początku liryczny i delikatny, by po kilku minutach przejść w klimaty bardziej metalowe niż blackowe. Nieco ciemniej jest dopiero w ostatniej części utworu (tak po siódmej minucie). I jakże pięknie. Pięknie!

Halls of Mandos zaczyna się niczym Anden Som Gjorde Oppror Mortiisa z roku 1995. Na szczęście po chwili muzyka nabiera wigoru, dzięki któremu początek zaczyna zdobić a nie szpecić kawałek. Uwagę przyciąga znów porywająca, wyjęta niczym z najlepszych kawałków Iron Maiden solówka. Super!

Kolejny utwór znów zaczyna się lirycznie i bardzo delikatnie wprowadza w metalową partię solową gitary. Za to w połowie zaczyna się naprawdę ostra jazda, głównie dzięki perkusji kawałek robi się brutalny i szybki. I tylko piękna linia gitar łagodzi delikatnie klimat i tworzy z tego kawałka numer najlepszy na płycie.

Płytę zamyka tytułowy The Light in My Darkness, który – jak to przystało na ambientową klasykę – zaczyna się bardzo niewinnie. Tyle że już nie tak klasycznie jest z instrumentarium, gdyż główną rolę gra gitara i perkusja, a nie jakieś  klawisze. W dalszej części kawałek sinusoidalnie, raz szybciej a raz wolniej, pozostając w tym samym klimacie, doprowadza do końca płyty. Nie muszę chyba wspominać, że końcówka znów jest ostrym uderzeniem po to, żeby jeszcze bardziej zachęcić do ponownego naciśnięcia magicznego przycisku przenoszącego słuchacza gdzieś w daleki kosmos.

Odsłona trzecia.

Z jaką wdzięcznością i lekkością robi swoją muzykę Erebos. Jak samo wszystko skleja się w zgrabną całość. I tak bez rozgłosu, trochę nieśmiało i jakby przez przypadek muzyk wprowadza w świat tak magiczny, że aż trudno uwierzyć.

Spore ukłony także dla studia Bóg Prosi, Szatan Każe za naprawdę sumienne i staranne wypełnienie swojej części zadania. Płyta brzmi świetnie i naprawdę żałuję, że nie ma jej w wersji na czarnym krążku.

Na koniec dygresja. P****a Poczta Polska. Dlaczego nie umieją utrzymać jakichkolwiek standardów doręczania przesyłek. Ta zdruzgotana okładka będzie mnie teraz wkurzała przez długie miesiące. A nawet lata, gdyż prędko się z tego Erebosowego świata nie wyplączę…

Ocena 9,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , , , .