Evadne – „A Mother Named Death” (2017)

Skąpana w słońcu Hiszpania kryje w sobie z jednej strony dźwięki łagodne i delikatne, a z drugiej zaś melancholijne i ponure, które ani trochę nie przywodzą na myśl beztroskiego wypoczynku nad wodami Morza Śródziemnego. Muzyka pochodzących z Walencji Evadne o wiele bardziej wpasowuje się w jesienną aurę pogodową, aniżeli wakacyjne wspomnienia. Takie „słoneczno-pochmurne” brzmienie zostaje nam zaprezentowane na najnowszym, już trzecim w dyskografii krążku A Mother Named Death, który ukazał się w czerwcu tego roku pod szyldem Solitude Productions.

Płytę otwiera mocne intro oraz zwrotka utworu Abode of Distress. Podwójna stopa oraz ciężkie, wolne riffy znakomicie ze sobą współgrają i pozostawiają naprawdę dobre wrażenie, by później ustąpić melodyjnemu refrenowi okraszonemu czystym wokalem. Te dwie konwencje spójnie się ze sobą przenikają na całym albumie Hiszpanów. W ten sposób muzycy serwują jednocześnie dźwięki chłodne, a zarazem w pewien sposób kojące. Wśród gęstwiny walcowatych riffów nie zabrakło ciekawych linii melodycznych, budujących nastrój całego wydawnictwa.

Rozpiętość wokalna na A Mother Named Death jest zresztą warta zauważenia, choćby w utworze Morningstar Song, w którym czyste wokale niejako tworzą swoistą klamrę kompozycyjną, ładnie spinając ten paraboliczny kawałek . Z początku usłyszymy wyważony, męski śpiew, na końcu zaś partie wokalne zostały powierzone delikatnym, nienachalnym żeńskim śpiewom. Dodatkowo w środkowej części kompozycji muzycy uraczyli słuchacza klimatyczną solówką. Słuchając tego kawałka, oczami wyobraźni widzę pustą plażę z szumiącym lazurowym morzem i wschodem słońca. Bardzo lekko rozpoczyna się również kolejny na płycie Heirs of Sorrow. Przyjemna linia melodyjna gitarowych riffów daje nam chwile wytchnienia od cięższych i przytłaczających fragmentów. Szczerze mówiąc, ta pozycja na albumie wydaje się też jednocześnie najbardziej „radosna” i to ją właśnie odróżnia od pozostałych.

Tak jak już wspominałam wcześniej, nie brakuje też bardzo mocnych i zdecydowanych akcentów. W tym przypadku poza utworem otwierającym, muszę wspomnieć o Black Womb of Light, w którym Panowie na początku bardzo szarżują z tempem, muskając delikatnie rejony black metalu.

A Mother Named Death, to zbiór zgrabnie podanych kompozycji, które z pewnością przypadną do gustu fanom m. in.: Swallow the Sun, When Nothing Remains, a może nawet Doom:VS. Choć całość materiału nie jest niczym przełomowym w ramach konwencji melodic death/doom metalu, to posiada elementy, sprawiające, że odsłuch albumu jest czystą przyjemnością. Jest w tym zarówno siła i majestat, jak i delikatność oraz urok.

Ocena: 7,5/10

Marta (Kometa)

Marta (Kometa)

Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej.
Chwalę i krytykuję płyty, piszę koncertowe opowieści.
Marta (Kometa)

Tagi: , , , , , , .