Evil Invaders – Feed Me Violence (2017)

Uwielbiam dobrze bawić się przy muzyce. Wiecie – zdawać sobie sprawę, że trafia ona w mój gust bez pudła, rozumieć i podzielać zamysł twórców, tak jak rozumie i podziela się zainteresowania nowo poznanej osoby, której upodobania okazują się całkowicie zbieżne z naszymi. Obcować z dźwiękami, które zmuszają do ciągłego uśmiechania się pod nosem i potakiwania głową w wyrazie uznania.

Z takim właśnie odbiorem spotkała się u mnie płyta Feed Me Violence Evil Invaders. Nie czekałem jakoś specjalnie na ten krążek. Choć bohaterów recenzji poznałem przy okazji zeszłorocznej EP-ki In for the Kill (która stanowi w moich oczach doskonałą wizytówkę kapeli) informacja o dużym albumie nr 2 podopiecznych austriackiej Napalm Records wzięła mnie nieco z zaskoczenia. Chyba dobrze, bo dzięki temu nowy longplay tej pochodzącej z północy Belgii grupy uderzył w moją potylicę ze zdwojoną siłą.

W muzyce młodych Belgów próżno szukać czegokolwiek nowatorskiego. Klisza goni kliszę, stylistyczne ugruntowanie w metalu lat 80. jest tak mocno wyczuwalne, że nazwać ten skład bandą epigonów speed/thrash, to jakby nie powiedzieć nic. Czym więc urzekają na najnowszej płycie psotni załoganci tej powstałej w 2007 roku ekipy? Przede wszystkim niesamowitymi pokładami energii, szczerości, żywiołowości i radości grania. Słuchając tego trwającego niespełna 40 minut materiału, człowiek czuje się jakby trafił (napędzanym czystym etanolem) wehikułem czasu 3 dekady wstecz, gdy swoje pierwsze albumy wydawali rozpierani młodzieńczą dziarskością, nieopierzeni grajkowie Overkill, Metallica, Slayer czy (patrząc na scenę europejska) Exumer. Duch takich krążków jak Feel the Fire, Kill’em All, Show No Mercy oraz Possessed by Fire unoszący się nad twórczością Evil Invaders jest wręcz namacalny. Thrash/speed metal wymieszany z punkową bezpretensjonalnością, przebojowe, niesłychanie energetyczne kompozycje, tnące z precyzją brzytwy gitarowe sola i wściekłe wokale – wszystkie elementy przesądzające o wartości tej muzyki znajdują swoje piękne odzwierciedlenie w dźwiękach zawartych na Feed Me Violence.

Siedem, przeplecionych dwoma instrumentalnymi przerywnikami utworów, to utrzymana na stale wysokich obrotach dawka niesamowicie chwytliwego grania, przy którym ciężko choć na moment odczuć znużenie. Nawet gdy muzycy pozwalają sobie na chwilowe zwolnienia (prowadzony świetną melodią Broken Dreams In Isolation, Oblivion, Shades Of Solitude czy zamykający płytę Among The Depths Of Sanity) robią to tylko po to, by natychmiast wrzucić wyższy bieg i ponownie uwolnić swój rozpędzony, muzyczny roller coaster.

Evil Invaders to niepodważalny dowód na to, że metal ma się doskonale nie tylko dzięki zespołom starającym się swoją działalnością przekraczać granice, eksplorować nowe obszary, czy łączyć gatunki w sposób wcześniej niepraktykowany. Muzyka ta swoją witalność zawdzięcza w równym stopniu składom hołdującym przeszłości, takim które potrafią wskrzesić i świetnie odświeżyć z pozoru dawno wyeksploatowane schematy. Ci goście są w tym fenomenalni.

Krata browara na głowę? Checked. Skóra ponabijana ćwiekami, ozdobiona toną naszywek? Checked. Bandany, flagi i mocno zasznurowane adidasy? Checked. Pora więc ruszać na balet, po którym z lokalu nie zostaną drzazgi. Let chaos arise, prevail or die, break the silence, feed me violeeeeence!

Ocena: 9/10

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , , .