Faun – „Zaubersprüche” (2002)

Faun już na samym początku przywołuje mroczne skojarzenia, przywodząc na myśl blackmetalowy zespół z głębokiej Skandynawii. Tymczasem okazuje się, że muzycy posługujący się mianem tego legendarnego mitologicznego potwora, zamiast tzw. „trzech akordów i darcia mordy”, eksplorują znacznie bardziej subtelne dźwiękowe rejony, skupiając się na szeroko pojętym folklorze, co ważne, robiąc to w naprawdę mistrzowski sposób.

Muzyka prezentowana przez Niemców na debiutanckim albumie Zaubersprüche wydanym w 2002 roku już na pierwszy rzut ucha przyciąga uwagę bogatym instrumentarium. Subtelne dźwięki wszelkiej maści fletów, piszczałek, bębnów i dud przeplatają się z wyrazistym brzmieniem takich instrumentów, jak między innymi charakterystyczna dla muzyki neo-folkowej lira korbowa. Jako swego rodzaju urozmaicenie można wychwycić także efekty wykorzystania chociażby harfy celtyckiej. Lista użytych instrumentów jest długa i nie sposób wymienić ich wszystkich. To sprawia, że podczas słuchania krążka wyczuwalny jest unoszący się nad warstwą dźwiękową klimat szeroko pojętego Średniowiecza, pełnego przecież mniej znanych dziś przedmiotów stosowanych do tworzenia muzyki. Nie nazwałbym jednak Fauna zespołem medieval-rockowym – jest tu bowiem zdecydowanie za dużo instrumentów niekonwencjonalnych, lecz gdyby zabrać takim In Extremo gitary, ich twórczość byłaby dość podobna do tego, co prezentują ich młodsi kuzyni.
Przedstawiłem Fauna jako grupę skupiającą się na graniu średniowiecznego folku, natomiast wiele osób może zarzucić mi brak precyzji, ponieważ spotkały się one z zupełnie innym obliczem tego zespołu. Owszem, na nowszych albumach można usłyszeć kompozycje nie mające nic wspólnego z mroczną atmosferą debiutu. Ba! Pojawiają się tam nawet utwory biesiadne, lecz należy pamiętać, że to zupełnie inna historia. Tym razem skupiamy się na mniej znanym, z pewnością nie tak przystępnym i znacznie posępniejszym dziecku formacji, które jednakże stanowi wyznacznik jakości w kreowaniu dźwięków nieoczywistych, naładowanych trudnym do wyjaśnienia mistycyzmem. To inny rodzaj niż znany na przykład z twórczości Percivala, oparty na słowiańskim pogaństwie, lecz równie bogaty kulturowo. Wrażenie to pogłębia fakt, że załoga Fauna potrafi przekuć dźwięki w całą gamę emocji, co sprawia, że niezwykle trudno o ich twórczości zapomnieć. Złożone sekwencje, będące efektem perfekcyjnej współpracy członków zespołu są naprawdę imponujące. Jest to nie tylko granie pełne zróżnicowanych nastrojów, ale również sentymentalna wycieczka do czasów siłą rzeczy nieznanych muzykom, którzy w paradoksalny sposób potrafią pobudzić wyobraźnię słuchaczy, podsuwając wizje, będące zapewne dla każdego z nas czymś innym. Nie sposób zatem przejść obok ich czarów (bo tak należy tłumaczyć tytuł tej płyty) obojętnie. Nie ma tu słabszego fragmentu, lecz aby naprawdę odczuć pełen majestat dwunastu utworów składających się na trwającą trzy kwadranse całość, należy na kilka chwil odrzucić szkiełko i oko oraz pozwolić sobie na czerpanie zupełnie innymi zmysłami. Zresztą, nie wierzcie mi na słowo, tylko przekonajcie się sami jak wygląda zderzenie z rozpędzonym Faunem!

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , , , , , , .