Fu Manchu – „Clone of the Universe” (2018)

Fu Manchu to jeden z tych zespołów, który nie zawodzi swoich fanów. Każda z ich płyt przyzwyczaiła nas do stałego, wysokiego poziomu, poniżej którego muzycy nie schodzą. Po prawie czterech latach od ostatniego albumu, Gigantoid (2014), Amerykanie z Kalifornii powracają ze swoją dwunastą płytą Clone of the Universe (premiera 9 lutego br.), również wydaną przez ich własną wytwórnię At the Dojo Records.

Każdy, kto miał wcześniej do czynienia z twórczością zespołu, wie, czego się można po płycie spodziewać. Potężne gitarowe riffy, mocny bas i bujająca perkusja wraz z lekko wycofanym wokalem Scotta Hilla, na których opierają się energiczne utwory, to już znak rozpoznawczy zespołu. Po ich dorobku łatwo się domyślić, że Fu Manchu zaczynali przecież jako grupa hardcore punkowa, a ich muzyka dopiero później ewoluowała do obecnej formy, tworząc podwaliny pod stoner rocka.

Ale Fu Manchu to też zespół, który pomimo trzymania swojego odpowiedniego poziomu nie wybija się ponad niego. Gigantoid sprawiał wrażenie, że może wreszcie muzykom uda się na stałe rozwinąć swoją twórczość, jednak wraz z wydaniem Clone of the Universe powrócili do typowego dla siebie grania. Albo raczej – powróciliby, gdybyśmy brali pod uwagę tylko pierwsze sześć kawałków, bo na najnowszej płycie Amerykanie postanowili zamieścić aż 18-sto minutowy jam Il Monstro Atomico nagrany wraz z gitarzystą Rush Alexem Lifesonem. Jako że cała płyta nie trwa nawet 40-stu minut, łatwo policzyć, że finalny kawałek to prawie połowa albumu. Biorąc pod uwagę fakt, że dotąd muzycy nie wydali utworu, który by przekraczał osiem minut, Il Monstro Atomico wyróżnia się nie tylko długością, ale też kompozycyjnie w całym dorobku Fu Manchu. W większości instrumentalna kompozycja (partia wokalna nie trwa nawet 40-stu sekund) naszpikowana gitarowymi solami oraz częstymi zmianami bardziej przypomina Earthless niż dotychczasową twórczość Kalifornijczyków. Jednak od Il Monstro Atomico ciężko się oderwać, jest to po prostu świetny utwór, przy słuchaniu którego nie sposób się nudzić. Poza psychodelicznymi solami dużo jest tu typowych dla zespołu mocnych i energicznych riffów, które nie tylko spajają całość, ale też sprawiają, że zachowuje on ciągłość z twórczością Fu Manchu.

Natomiast pierwsze sześć utworów… Cóż, ciężko je jednoznacznie ocenić. Tak jak pisałem wyżej, Fu Manchu po prostu nie robi złej muzyki, ale nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu żaden z tych kawałków nie zapadł mi na dłużej w pamięci. Na pewno są to kompozycje, które dzięki swojej energii świetnie sprawdzą się na koncertach, ale za takie może uchodzić prawie wszystko z twórczości Amerykanów. Fu Manchu to mistrzowie jednowersowych, łatwych do zapamiętania refrenów, które na żywo szybko podchwycą nawet nowicjusze. Słychać to w otwierających płytę Intelligent Worship, (I’ve been) Hexed oraz Don’t Panic, a także tytułowym Clone of the Universe. Pozostałe dwa utwory, czyli Slower than Light i Nowhere Left to Hide, to typowe dla Fu Manchu zagranie, które dzięki swym potężnym riffom sprawia, że głowa sama zaczyna latać w rytm muzyki. I choć Amerykanie nie wychodzą poza swój stały, określony schemat, robią to z takim wyczuciem, że ciężko mieć do nich jakieś poważniejsze zarzuty.

Clone of the Universe to ciężka do oceny płyta. Na pewno jest to pozycja, którą nie będzie rozczarowany żaden fan zespołu. Z drugiej strony, gdyby nie Il Monstro Atomico nie byłoby tu utworu, który jakoś by się wyróżniał. I choć Fu Manchu utrzymuje swój stały, wysoki poziom, ich najnowsza płyta nie jest wydawnictwem, które miałoby im przysporzyć rzeszę nowych fanów. Wciąż jest to dobra płyta, po którą zapewne z przyjemnością sięgnie każdy miłośnik stonera.

Ocena: 7,5/10

 

Tagi: , , , , , , .