Gespenst – “Forfald” (2016)

Nigdy nie zaliczałem Danii do części Skandynawii. I choć uparcie ten średnio ciekawy geograficznie kraj tkwi w obszarze razem ze Szwecją, Norwegią i Finlandią, to ja tak samo uparcie uważam, że Skandynawia to tylko te kraje, które historia ulokowała na Półwyspie Skandynawskim. Podobnie jest u mnie z muzyką. Black metal skandynawski (czyli ten – co do zasady – najlepszy) wywodził się dla mnie zawsze z Norwegii i Szwecji. A z Danii to pochodził tylko King Diamond.

Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Dawno temu dałem się zaczarować pochodzącej właśnie z Danii Myrkur. A teraz… teraz poznałem Gespenst.

Forfald to debiutancki album tej duńskiej formacji, wydany zarówno w wersji na czarnym krążku (przez Duplicate Records), jak i na krążku lśniącym o mniejszej średnicy (tu wydawcą jest polski Hellthrasher Productions). I choć na płycie znajdziemy zaledwie 5 utworów trwających niecałe 45 minut, to jest to według mnie akuratna i wystarczająca ilość materiału. Po pierwsze muzyka Duńczyków, choć nieco monotonna i powolna, nie jest w stanie znudzić słuchacza. Po drugie, właśnie tyle czasu potrzeba, by wyczerpać niewyszukane środki wyrazu artystycznego, którymi dysponują muzycy.

A są tymi środkami w szczególności: powolna doomowa perkusja, która w tym wypadku tworzy miły ciężki i mroczny klimat. Sekcje rytmiczne wspomagają oczywiście gitary, które tworzą ścianę przesterowanych dźwięków, czyli coś, co tygryski lubią najbardziej. W tle, jak na prawdziwy black przystało, słychać delikatnie wspomagające gitary klawisze. I krótko mówiąc – są one świetne. Niezbyt uwypuklone, nie tak klarowne jak na szmirowatym Final Countdown Europe, ale melodyka kawałków zyskuje dzięki nim znakomicie. No i jest oczywiście wokal, powolny growl, dzięki któremu wszyscy studenci medycyny są w stanie przeanalizować trzewia wokalisty Galskaba.

Kawałki rozpoczynają się powoli, tak jakby demony budziły się dopiero ze snu. A potem muzyka rozkręca się na dobre i porywa w swój mroczny i przerażający świat.

Oczywiście znacznie ciekawsze (i po prostu znakomite) są partie szybsze (Sorgens tage, Min sjaet raadner, L’apell du vide), ale na równi z nimi postawiłbym partie klimatyczne (Revelation of maggots, Life drained to the black abyss).

Słabymi momentami są momenty, które nie są ani żwawe, ani klimatyczne. Wtedy muzyka sprawia wrażenie leniwej, i to na płycie podoba mi się najmniej. I dlatego właśnie uważam, że te 44 minuty to jest akurat tyle, ile potrzeba.

Stare, polskie przysłowie mówi, że co dwie głowy to nie jedna. Przywołując je na potrzeby niniejszej recenzji i duetu tworzącego Gespenst, można przypuszczać, że gdyby do zespołu dołączyła jeszcze jedna osoba, to może tych fragmentów nijakich byłoby jeszcze mniej? A gdyby tak było ich czterech…

Ocena 7,5/10,0.

 

Latest posts by Maciek Masta (see all)

Tagi: , , , , , , , , .