Havukruunu – „Kelle Surut Soi” (2017)

Znaków, że fiński metal ma swój dobry czas było już sporo. Tym razem przyszła pora na formację Havukruunu, która swoją ostatnią płytą podbiła moje serce. Drugi pełny album Finów został wydany przez Naturmacht Productions.

Śmiało mogę powiedzieć, że to jedna z lepszych płyt, które miałam okazję słuchać w tym półroczu. Oczekując albumu który wciągnie, jak te wydawane kilkanaście lat temu, jak grom z jasnego nieba pojawia się Havukruunu z najnowszym dziełem pt. Kelle Surut Soi. Od początku brzmienie uderza swoją soczystością i świeżością, pomimo tego, że nie pokazali właściwie niczego, czego już wcześniej nie słyszałam. Smaczkiem jednak może być rodzimy język Havukruunu, który wyjątkowo spójnie oddaje autentyczność kompozycji , choć ton wokalisty wydaje się pretensjonalny. Poruszając się w melodyjnym pagan black metalu, narazić się można na kiczowatość, jednak Finom udało się złapać równowagę. Obficie obdarowali płytę ujmującymi solówkami, za przykład niech służy Jo Näkyvi Pohjan Portit czy Vaeltaja, które brzmią niemal heavy metalowo. Stawiają również na sprawdzone patenty, jak wykorzystywanie w tle utworów chórów, które dodają potęgi całej muzyce. Nie chciałabym sugerować podobieństwa do innych zespołów, jednak w tym wypadku wpływy Bergtatt Ulver są oczywiste, skądinąd korzystanie z geniuszu Norwegów jest jak najbardziej w dobrym tonie, mimo że ci zmienili stylistykę o 180 stopni, to ich pierwsze płyty wciąż zyskują rzesze naśladowców.

Całość utrzymana jest w dość szybkich tempach w połączeniu z przestrzennością dźwięków, a zabrudzenia dodają uroku. Istotną cechą tego albumu są detale w tle. W utworze Kelle Surut Soi folkowe intro na akustycznej gitarze wraz z dźwiękami szumiącej wody i ptaków powoduje przypływ tęsknoty za odległymi, nieskażonymi krainami. W końcu inspiracją do muzyki Havukruunu były książki Tove Jansson, a co za tym idzie, ponoć duży wpływ na ich muzykę wywarły… Muminki. Ciekawy początek występuje również w Jo Näkyvi Pohjan Portit, gdzie znów wykorzystana została gitara akustyczna, coraz szybsze powtórzenia dźwięków powodują narastanie napięcia, a momentem kulminacyjnym jest efektowny, zapadający w pamieci riff.

Pogański Black często zawiera elementy, które odwołują się do chwalebnych momentów z historii, bitew – tak jest i tym razem, gdy dźwięczny stukot perkusji zmienia się w szczęk stali prosto z pola bitwy. Jedynym mankamentem albumu jest jego długość – pięćdziesiąt minut zlewa się w niezbyt różnorodną całość, która może powodować chęć odmiany.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , , , , .