Hellhaim – Slaves of Apocalypse (2017)

Miło czasem odpocząć od recenzowania muzyki zespołów, z twórczością których człowiek jest już zaznajomiony. Pozbawione jakichkolwiek obaw, życzeń czy przewidywań jakościowych spojrzenie jest świeże, ocena natomiast szczęśliwie uniezależniona od sympatii, antypatii, nadziei czy niespełnionych oczekiwań.

Z odsłuchem takiej płyty przyszło mi się właśnie zmierzyć, bo otrzymany do recenzji album Slaves of Apocalypse Hellhaim był dla mnie premierową okazją do spotkania z jakimkolwiek przejawem muzycznej aktywności tego mazowieckiego składu.

Rzut oka na oprawę graficzną płyty niczego w kwestii ewentualnych skojarzeń stylistycznych nie przybliżył. Zdobiący płytę cover art, prezentujący odziany w postrzępione szaty posąg Temidy, na który starają się wspiąć uczestnicy osaczającej go krucjaty robi dobre wrażenie, jednak nie sugeruje jakiego typu dźwięki Hellhaim postanowił na swoim debiutanckim krążku zaprezentować. Szybki research w sieci okazał się jedynie połowicznie pomocny, ponieważ hasłem, z którym Google powiązał tę kapelę był heavy metal. Szuflada dość pojemna, w końcu pod tą metką mogły równie dobrze kryć się klasyczne dźwięki ala Judas Priest, jak i saxonowo/maidenowy NWOBHM. Mógłby to być heavy metal (ten trop wskazywałaby zresztą nazwa zespołu) ukierunkowany na klimaty nordyckie spod znaku Grand Magus, jak i zdominowany przez podniosłe, manowarowe pieśni bitewne.

Co bardzo ciekawe, lektura Slaves of Apocalypse szybko dowiodła, że finalnie żadne z powyższych przypuszczeń nie było w pełni trafne.

Hellhaim prezentuje bowiem dość różnorodną formę heavy metalu, w którym inspirację tradycyjnymi nazwami (szczególnie Accept i Judas Priest) zmieszane są z nowoczesnymi ciągotami w stronę power (a miejscami nawet speed i thrash metalowego) łojenia, które kojarzone mogą być ze stylem np. Szwedów z Wolf, ich krajanów z Enforcer, czy Kanadyjczyków ze Striker. Dorzućmy jeszcze szczyptę epickiego grania charakterystycznego dla np. Iced Earth i uzyskamy wypadkową, która pozwala w przybliżeniu umiejscowić twórczość omawianego składu.

Są więc zarówno szybkie tempa, gnająca na złamanie karku sekcja i techniczne solówki (Decimator, Anneliese), spory groove (Blackjack), wściekłe wokale, jak i wycieczki w stronę heavy/power metalowych standardów podszytych melodyjnymi refrenami (Slaves of Apocalypse), czy klasycznymi gitarowymi pasażami.

Na szczególne uznanie, poza techniczną biegłością muzyków Hellhaim zasługuje cała gama wokalnych wcieleń prezentowanych przez Mateusza Drzewicza – gardłowy zespołu w jednej chwili potrafi przejść z growlu w krzyk, melodyjne zaśpiewy czy pełne wigoru wysokie Halfordowo/Owensowskie partie. Wszystko to nierzadko w ramach jednego utworu. Co bardzo istotne, w każdym z wymienionych stylów muzyk wyraźnie się broni, za co z pewnością należą się duże brawa.

Płyta nie jest wprawdzie pozbawiona wad – niektóre kawałki mogłyby bez szwanku zostać skrócone, zespołowi zdarza się uderzać w banalne tony (Eclipse), nie przekonuje mnie też do końca orientalny przerywnik w postaci Golgotha czy teatralność fragmentu kończącego Ghosts of Salem. W obliczu sporej ilości zalet wspomniane mankamenty nie wpływają jednak znacznie na ocenę końcową Slaves of Apocalypse.

Jeżeli bowiem lubicie całkiem energetyczne, nowoczesne (choć kłaniające się gustownie klasycznemu heavy metalowi) wysokooktanowe granie, powinniście koniecznie ten band sprawdzić. Będziecie zadowoleni.

Ocena: 8/10

Synu

Synu

Fan szeroko pojętej muzyki gitarowej. Z wszelkich możliwych szuflad i gatunkowych etykiet.
Napisz do autora: synu@kvlt.pl
Synu

Tagi: , , , , , , , .