Hellwell – „Behind the Demon’s Eyes” (2017)

Zamiast silić się na górnolotne teksty – słowem wstępu – zacznę od krótkiej prezentacji Hellwell. A warto poznać, kto stoi za tą nazwą. Otóż założycielem i kołem napędowym grupy jest nie kto inny, jak sam Mark The Shark Shelton, ten sam, który jest nie mniej, nie więcej, ale ojcem założycielem Manilla Road. Behind the Demon’s Eye jest drugim wydawnictwem projektu i ukazał się pod skrzydłami High Roller Records 14 kwietnia br.

Płyta jest albumem koncepcyjnym i znajdziemy na niej 6 utworów, które wprawdzie nie opowiadają jednej konkretnej historii, ale powiązane są tematycznie. Każdy z nich to oddzielna opowieść mająca na celu przyprawić słuchacza o gęsią skórkę i dreszcz niepokoju, słowem – to opowieści z dreszczykiem. Usłyszmy więc o duchu greckiego hoplity, który zginął w bitwie pod Maratonem, zapoznamy się z nie do końca zrównoważonym psychicznie wielbicielem ludzkiego mięsa i gry na organach, potowarzyszymy doktorowi Frankensteinowi w jego sławnym eksperymencie, przy okazji ściągniemy za pomocą transmisji fal radiowych zagładę na Ziemię, a na sam koniec złożymy w ofierze dziewicę, aby przywrócić do życia swoją ukochaną.

Wszystkie te historie opowiedziane są przy akompaniamencie epickiego heavy doom metalu. Pomimo użytego terminu doom próżno szukać na tej płycie powolnych, ciągnących się utworów. Zdecydowana większość kompozycji to kawałki szybkie i energiczne, jak na przykład otwierający płytę Lightwave czy obrazujący podróż sygnału radiowego przez galaktykę The Galaxy Being. W większości przypadków tempo zwalnia w refrenach, a taki To Server Man i The Last Rites of Edward Hawthorn mogą zaskoczyć słuchacza nagłymi zwrotami akcji i wielowątkowością. W pierwszym z nich szczególnie spodobał mi się fragment z grającymi solo organami kościelnymi, które w pewnym momencie wydają odrobinę schizofreniczne dźwięki, które nagle przechodzą w gitarowo-perkusyjną galopadę. Drugi rozpoczyna się spokojnie, wręcz idyllicznie, aby z czasem przeistoczyć się w muzykę gwałtowną i brutalną. Odpowiednią atmosferę budują hammondowe syntezatory, jednoznacznie kojarzące się z klasycznymi gotyckimi horrorami. Ich partie wydają się momentami dość chaotyczne, co dodaje muzyce szaleństwa, podkreślanego jeszcze przez gęstą perkusję i gitary. Odczucie chaosu potęguje zamierzone, niezbyt sterylne brzmienie.

Niemały wkład w ponury nastrój płyty mają linie wokalne. Odpowiedzialny za nie Mark wydobywa z siebie różnorakie głosy, pasujące do danego utworu. W jednym utworze jego śpiew brzmi demonicznie, aby w innym zabrzmieć jak zjawa zza grobu. W następnym jest diaboliczny, potem brzmi jak nawiedzony szaleniec, lub delikatnie i łagodnie. Pełen przekrój.

Podsumowując, warto poświęcić 52 minuty i zapoznać się z mroczną twórczością Hellwell – twórczością, która czerpie z muzyki lat siedemdziesiątych, a równocześnie nie brzmi jak dźwięki nagrane w tamtych czasach.

Ocena 7,5/10

 

Łukasz

Łukasz

Ku "rozpaczy" szanownej Małżonki uzależniony od kolekcjonowania CD. Natchniony płytą pewnego polskiego zespołu oraz kryzysem wieku średniego rozpocząłem przygodę z recenzowaniem . I tak z czasem trafiłem do Kvlt. Wszelka konstruktywna krytyka mile widziana.
Łukasz

Latest posts by Łukasz (see all)

Tagi: , , , , , .