Herida Profunda / Hello Bastard „Herida Profunda / Hello Bastard” (2017)

Przed napisaniem tego tekstu przypomniałem sobie wcześniejsze dokonania Heridy Profundy, szczególnie ich poprzedni split, który miałem przyjemność ocenić (i którą ocenę do dzisiaj podtrzymuję). Najnowsze wydawnictwo może nie dorównuje poprzedniemu, ale wcale nie odstaje za bardzo. Szczególnie, gdy dodamy do równania ich nowego splitpartnera.

Płyta ta ukazała się w lipcu tego roku na siedmiocalowym winylu. Trwa niepełne dziewięć minut i zawiera trzy numery od HP oraz sześć produkcji Hello Bastardów (swoją drogą, ciekawy jestem czy trzeci partner do splitu Heridy będzie się nazywał HelliBastard czy jakoś tak). Wydania podjęła się kolaboracja WOOAAARGH, Deviance, 783 Punx, Hecatombe Records i N.I.C. Records.

Od początku krążka widać, że trzy nowe numery crust/grindersów z Heridy Profundy powstały w określonym celu (napisałbym „z okazji”, ale zabrzmiałoby to raczej nieładnie). I okładka, i singlowy Refugees Welcome wyrażają to bardzo dobitnie. Celowo pomijam kwestie polityki i socjologii, ten tekst jest moją opinią na temat muzyki, a nie poglądów twórców. A muzyka… cóż, przede wszystkim wydaje się pisana na siłę. Jest dużo prostsza niż na splicie z Hellbastard, dużo mniej przemyślana. Poprzedni materiał kipiał od pomysłów, niewymuszonej energii i autentycznej agresji. Tutaj natomiast mamy wspomniany już Refugees Welcome, do którego intro (nie przeczę, nakręcające na resztę) trwa dwa razy dłużej niż utwór właściwy, ten natomiast to szybki punk, troszkę w stylu wczesnego Slayera. Drugi w kolejności Grind To Live to interpretacja Terrorizera. Przyznam szczerze, że zanim się zorientowałem, byłem do numeru nastawiony raczej sceptycznie. Wydawał mi się, ogólnie rzecz biorąc, poniżej poziomu kompozycji Heridy. Sprawa się odwróciła gdy zorientowałem się, że to jest cover, a jako taki wychodzi naprawdę nieźle. Wydaje się być odrobinkę wolniejszy niż oryginalny Need To Live, dzięki czemu nabiera przejrzystości, jednocześnie nie tracąc pazura. Jako hołd sprawdza się świetnie, prawie tak dobrze, jak Grind You In The Back. Parafraza Motorheadu to najjaśniejsza część tej strony siedmiocalówki. Herida gra to dużo szybciej, wścieklej i, przede wszystkim, lepiej. Jeżeli także uważasz, że oryginał ciągnie się ślamazarnie, będziesz usatysfakcjonowany. Na plus możemy też dodać bardzo dobre nagranie płyty, jednocześnie wyraźne i w duchu DIY.

Szczerze przyznaję, że o Hello Bastard nigdy wcześniej nie słyszałem. Internet podpowiada, że to ekipa z całego świata z siedzibą w Londynie, a ten materiał jest ich trzecim w, nie takiej znowu krótkiej, karierze. Zaczyna się od intra, po którym spada przemoc w formie hardcore/powerviolence. Nagle robi się dużo szybciej, donośniej i wulgarniej, perkusja łomocze aż miło, wokalista wydziera ryja a matki rozpaczają nad losem pociech. I chociaż ta część płyty również jest prosta, to jednak czuję tu dużo więcej szczerej, niewymuszonej agresji. The Sweatshop System, kilkusekundowe Make Hardcore Punk Again i Zapatistas! albo Productive Criticism z bardzo hardcore’owym chórkiem to jest dokładnie to, co lubię. Brzmienie jest bardzo „samodzielne”. Co też jest fajne, podtrzymuje wściekły klimat muzyki. Może odrobinę dudni, ale mi się podoba.

Hello Bastard pokazał się z nieco lepszej strony, niemniej Herida Profunda również przygotowała mocny materiał. Może nie jest to strzał na poziomie ich poprzednich dokonań, niemniej przez ten jeden nowy numer mam wrażenie, że niedługo zaatakują nas czymś wyjątkowym. Póki co, ten placek należy bardziej do HB.

Ocena: 8/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , , , , , , , .