Hortus Animae – „Piove Sangue – Live in Banská Bystrica” (2018)

Muszę się przyznać do jednego. Nie cierpię albumów koncertowych. Po pierwsze, jakoś nigdy nie czuć na nich tej energii, którą się przejmuje od muzyków, widząc ich na żywo na scenie. Po drugie, kawałki są znacznie gorzej nagrane niż na albumach studyjnych. W związku z powyższym, jak już słuchać muzyki w domu to raczej dźwięku czystego i dopracowanego, a nie zabrudzonego sprzężeniami zwrotnymi i piskami niewidocznej gawiedzi. No ale płyta kapeli, o której w życiu nie słyszałem, i do tego z koncertu w Bańskiej Bystrzycy… Krótko mówiąc – dałem się namówić.

Na początku stwierdziłem, że sześć utworów i czterdzieści minut muzyki to w sam raz jak na koncertówkę, i że łatwiej będzie mi to zdzierżyć. Choć dziwny taki krótki koncert. Tak jakby Hortus Animae był jakimś suportem a nie headlinerem. Nie rozumiem.

Kawałki są dość zróżnicowane. Z jednej strony szybkie, blackowe wycinanki (Furious Winds / Locust), a z drugiej balladki zalatujące gotykiem (Doomsday). Są też kawałki o charakterze mieszanym (Medley I). Przekrojowo numery prezentowane na płycie obejmują raczej ostatni okres działalności kapeli (która z przerwą działa na rynku od lat dwudziestu), i na przykład dwie pierwsze płyty nie są przywołane. Ogólnie rzecz ujmując, kawałki są takie, do jakich przyzwyczaił nas gatunek spod znaku progresywnego blacka. Klarowne linie melodyczne, niejednokrotnie zaznaczane klawiszami, przeplatające się płynnie z ostrym i szybkim black metalem. Wokal oczywiście stoi growlem. Ostatni kawałek to cover sławnego Raining Blood, zagrany i zaśpiewany brawurowo i ciekawie. Nie wiem, czy jest to najmocniejszy punkt na płycie, ale z pewnością jeden z ciekawszych.

I to chyba przez te wyraźne melodie i klarowne instrumentarium, płyty słucha się z przyjemnością i nie trzeba się zastanawiać, co autor miał na myśli. Do tego dźwięk z pewnością jest podciągnięty i nie słychać tak tego koncertowego brudu. Szkoda tylko, że odgłosy publiki dają wrażenie, że słuchaczy było na koncercie dziesięciu. A przecież mogły być tysiące. Wie o tym tylko ten, kto był na Hortus Animae w Bańskiej Bystrzycy. W tej kwestii BlackHeavens Music mogło trochę nakłamać.

Ja, dzięki tej płycie, wyniosłem jedną zasadniczą informację – Hortus Animae muszę poznać lepiej. I że da się nagrać płytę koncertową, która jest… do zniesienia. A fanom tego typu wydawnictw mogę Piove Sangue – Live in Banská Bystrica polecić z czystym sumieniem.

Ocena 7,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , , , .