Ignu – „Lightningflash Flintspark” (2017)

Zrobiła się na całe lata jakaś dziwna wyrwa, kiedy w Polsce przestano grać dobrego, oldschoolowego hardrocka. Z jednej strony były całe zastępy dinozaurów rocka w stylu Perfectów, Lady Panków i innych Golden Lifów i Irów, których plakatami obklejone są piwnice wydawców audycji muzycznych Polskiego Radia. TSA, którzy mimo wieku trzymają się lepiej niż wszyscy wymienieni, ostatni nowy materiał wypuścili 15 lat temu. No i po prostu nastała pustka, którą okazjonalnie próbowali zalepić to jedni, to drudzy, a nikomu się nie udało. Aż w końcu przyszła druga połowa drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku i nawet w mainstreamie oldschool rządzi – Organek, nowa płyta Comy (mówcie co chcecie, ma niezłe momenty), nieustanne mrugnięcia w przeszłość w wykonaniu Ani Rusowicz, żeby nie wymieniać za dużo. No i jest oczywiście underground, który, jak to zwykle bywa, jest jeszcze żywszy i ciekawszy niż to, co się dzieje na powierzchni. W końcu zatem pojawiło się kilka godnych uwagi kapel, które łoją tę muzę jak należy, koło których można spokojnie postawić Graveyard i będzie fajnie. Oczywiście siłą rzeczy są one przyklejone nieco do sceny psychodeliczno-stonerowej, bo to ona grzebie w starych czarnych płytach i czci stare zespoły, no i w ich muzyce sporo tych psychodelicznych nawiązań do przełomu lat 60-tych i 70-tych też słychać… W ten sposób obok ciekawego debiutu Piołunu mamy też choćby fajoskie długograje Diuny i Ignu, które od parunastu miesięcy mogliście spotykać tu i tam, jak supportowały większych od siebie. Tak czy siak, fajnie, że jesteście, drogie zespoły!

Dziś będzie o Ignu, a konkretnie o ich debiutanckim longpleju Lightningflash Flintspark. Bez zbędnego pieprzenia – Lightningflash Flintspark to solidna porcja fajnego rocka lubiącego odlecieć w kosmos. Zaczyna się od Checkered Room, który każe kojarzyć Ignu z psychodelicznymi odjazdami i zespół nie odżegnuje się od nich, bo pojawiają się one na albumie dość regularnie. Ale Ignu potrafi też schować je na chwilę i zostawić na pierwszym planie samą czystą frajdę rockowizny, jak w przypadku numeru Kwiat Paproci (jedynego kawałka po polsku na płycie). Płyta jest dzięki temu bardzo fajnie wyważona, balansująca między indywidualnymi umiejętnościami muzyków, które są bardzo wysokie, jaraniem się czystym, dość basowym brzmieniem, i aranżacjami, które nie pozwalają słuchaczowi przysnąć. Nawet kiedy wydaje się, że Ignu postawią na dłużej na coś stateczniejszego, może bardziej rozlazłego i psychodelicznego, nagle okazuje się, że piosenka wyrywa do przodu (Heavy Debris), a czasami, kiedy numer zaczyna się jak petarda, po chwili zwalnia, rozpływa się, cichnie, wpuszcza powietrze i przyjemnie otula (Snow). Ignu sprawiają wrażenie, jakby żonglowali dynamiką z pełną świadomością. Fajne jest też to, że kiedy muzyka zwalnia i pokornieje, nie opada w niej napięcie, bo coś ją prowadzi – a to plumkające, rozedrgane gitary, a to podkręcony bas. Muzycy postarali się, żeby warstwa instrumentalna ich piosenek nie pozostawiała wątpliwości. Prym wiedzie zresztą gitara basowa, która a to brzęczy funkującym klangiem, a to wędruje w niskich częstotliwościach dookoła dość statecznych gitar. Pogodny, ciepły głos wokalisty Lubosza Majewskiego fajnie w tym wszystkim buja, plącze się między muzyką jak dym między gałęziami drzew.

W dołączonej do albumu informacji o zespole czytamy, że Ignu inspirują się mistycyzmem, religijnością, a sam Ignu to święty i szaleniec, Budda i menel. To nieco mylące, bo Lightningflash Flintspark wcale nie jest jakimś albumem ani specjalnie podniosłym, ani specjalnie szalonym. Owszem, sprzyja bujaniu w obłokach, kawałki polepione są z rock’n’rollowych elementów i bardziej malowanych, kosmicznych fragmentów, przy których można fajnie odpłynąć, więc można spokojnie wrzucić zespół do szufladki z psychodelikami, ale raczej się po prostu odprężycie przy tej płycie, niż sięgniecie absolutu. Ignu to po prostu fajny rockowy zespół, a Lightningflash Flintspark to dobra płyta. Spodoba się szalikowcom Graveyard, Kadavar, czy Siena Root, ale i fanom bardziej odjechanych motywów spod znaku Kairon; IRSE!, Yuri Garagin czy Somali Yacht Club.

8/10

PS. Cyfrowa wersja płytki na bandcampie Ignu kosztuje dyszkę, wstyd nie nabyć.
 

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , , , , .