Indignity – „Realm of Dissociation” (2017)

Na pewno znacie kogoś fajnego, komu – mówiąc potocznie – wali z ryja. Niby fajna znajomość, a jest – nomen omen – skażona, niedopowiedzenie, co psuje wszystko. No właśnie… Indignity nagrało zajebisty album, tylko. .. nie mogę tego prosiakowego wokalu zdzierżyć. I jak tu to chłopakom rzec: no nie pasuje mi on i tyle. 

Od czasu dema Decrepitude kapela wykonała ogromny skok jakościowy. Ale w 2017 za sprawą Sliptrick Records wychodzi debiut IndignityRealm of Dissociation. Płyta od razu zwraca uwagę, porządnie wydany digi, konkretny layout, ciekawa okładka. Czuć tu pasję i zaangażowanie. Po krótkim intro zaczyna się konkretnie jazda, która trwa właściwie bez żadnych zmian do finału tego albumu.
Wszystko jest ok. Muza bardzo przyjemna (?), rytmiczna, w sam raz na mały rozruch serducha. I wszystko dobrze, tylko jak prym wiedzie ten świniakowaty wokal, to mnie trafia, albo się uśmiecham… A muza jest przecież przednia, dużo zmian tempa, co ważne nie są one na siłę wprowadzane.

Kapela hołduje amerykańskiej szkole, gdzieś tu się przebija Broken Hope, co akurat jest dobrym wzorem. Jeżeli za to cenicie totalne zezwierzęcenie w warstwie wokalnej, to Indignity Was kupi od razu. Walce wymieniają się na przemian z szybszymi tempami w akompaniamencie totalnie atawistycznego ryku. Na szczęście muzycznie jest świetnie. Bo jeżeli lubicie Suffocation czy wspomniany Broken Hope , to z pewnością na dłużej tu zagościcie. Totalnie duszna atmosfera, która perfekcyjnie uatrakcyjnia świetna solówka i po chwili znów jesteśmy w totalnym bagnie, i w poczuciu beznadziei. Ta muza przywala takim kopem, że wszelkie poczucie radości znika jak świadczenie 500+ w monopolowym.
Co prawda przywołałem tu dwie nazwy kapel z amerykańskiej sceny, ale naprawdę Indignity potrafi wykrzesać z tego mocno już znanego poletka sporo i tyle może mało odkrywczego, co świetnie zaaranżowanego kawałka muzy. Nie ma poczucia nudy i co najważniejsze: solówki! Kurcze, niby nic, ale każda perfekcyjnie sprawia, że to wszystko ma jakiś lżejszy ton, ale nie są to bynajmniej serenady, gdy Santolla skaził Deicide swymi pasażami. Tutaj mamy Malevolent Creation na sterydach, w dodatku pełnego entuzjazmu.

Mój faworyt na Realm of Dissociation to utwór owdzięcznym tytule Embodiment, ale gdy leci Bloodlust, czyli następny utwór, to już zaczynam wątpić w swego faworyta. I czy szybko nie wybrać innego? No i perfekcyjny finał ostatniego utworu, który po prostu mógłby być muzyczną wizytówką kapeli. Zresztą gdybym miał wybierać do dalszej inspiracji, to ten utwór byłby świetnym początkiem materiału na nowy krążek.
Indignity nagrało bardzo równy album. Na dzisiaj mogę rzec, że stanowczo trzeba trzymać rękę na pulsie i sprawdzać, co się u nich dzieje.

Ocena: 8/10

Tomasz

Tomasz

Jako totalne beztalencie muzyczne mogłem zostać tylko internetowym krytykantem, tfu, recenzentem. W wolnych chwilach nabijam kabzę spekulantom sprzedającym płyty CD.
Tomasz

Tagi: , , , , , , , , , , .