Infectonator – “Brainfuckers” (2013)

Wygrzebać zapomniany album nieistniejącej kapeli, to jak znaleźć niewypał. Emocje milion, i już po chwili się okazuje, czy właśnie ocaliło się przed zapomnieniem kilka istnień, czy właśnie urwało Ci łapy.

Tak było przy okazji pierwszego odsłuchu jedynego wydawnictwa amerykańskiego tercetu Infectonator. Zespół istniał gdzieś około roku i w tym czasie zdążył wydać półgodzinną EPkę, zawierającą sześć utworów, w tym jeden cover Darkthrone (In the Shadows of the Horns). A będąc bardziej akuratnym – tę EPkę wydało zespołowi Arcane Metal Arts.

Ponieważ każda płyta zaczyna się od okładki, to i tym razem biorąc do ręki ten kolekcjonerski rarytas, pomyślałem sobie, że jeśli muzyka pójdzie w ślad za grafiką, to będzie prostacko, surowo i mocnymi otarciami o kicz. No ale sami popatrzcie….

Wszystkie znaki na niebie i ziemi nie zwiastowały wiele. Muzyka oparta na jednej gitarze, basie, perkusji, finezyjna być nie może. Zwłaszcza, jeśli dołoży się do tego garażowe brzmienie, surowy growl i proste aranże. Taki thrash / black metal, tyle że bez klimatu na przykład Motorheadu i bez czarnego tchnienia kapel blackowych. Czyli bardziej thrash niż black.

Wokal przez całe pół godziny wyszczekuje wściekle, ale czytelnie kolejne wersy tekstów. Drugim odznaczającym się elementem jest wyraźna i sucha w brzmieniu perkusja. Gitara tylko we fragmentach solówkowych wycina połamane frazy, w których nietrudno się pogubić. Bas na tym albumie ustawiony został daleeeko w tyle. I tak jest przez wszystkie pięć kawałków autorstwa muzyków Infectonator.

Całość nieco zmienia się na ostatnim coverowym utworze. Ale nieznacznie, gdyż surowizna Infectonatora idzie w parze z surowizną, jaką prezentował przez lata Darkthrone. Natomiast melodyka i brzmienie kawałka lądują już znacznie bliżej klimatów blackowych niż poprzednie numery. Ale żeby ten cover powalał na kolana, to nie powiem. Taki ot wybryk. Dość poprawny i tyle.

Reasumując, muszę stwierdzić, że Brainfuckers nie jest zdecydowanie dziełem wybitnym. W związku z powyższym o ratowaniu nieistniejącej już kapeli nie ma mowy – nie będę pisał do nich maili, błagając o powrót na scenę, a Wam także nie każę lecieć do sklepów z nakazem zakupu tego krótkograja. Ale fatalnie też nie jest, i jeśli ktoś lubuje się w tego typu rzadkich garażowych rarytasach, to Infectonator może być oryginalną pozycją na półce.

Ocena 4,5/10,0.

Tagi: , , , , , , , , .