J.D. Overdrive – „Wendigo” (2017)

J.D. Overdrive w moim odczuciu wyszli na prostą i zmężnieli już przy poprzedniej płycie The Kindest of Deaths, która była ciężka i bagienna. Pozbyli się na niej takiego niezbyt przekonującego imprezowego luzu, który wydaje się być cechą zbyt wielu southernmetalowych kapel (przy czym żadna z nich na dłuższą metę nie jest warta waszej uwagi), w zamian za to skupili się na brzmieniu, ciężarze gatunkowym i wprowadzeniu wyrazistych inspiracji. Potem przyszedł split z Palm Desert, na który J.D. Overdrive wrzucili cztery numery – dwa spokojniejsze, dwa mocniejsze. Trudno było przewidzieć, w którą stronę ekipa Susła i Stempla pójdzie dalej, bo w ostatnich czasach kompozycyjnie lawirowali to w jedną, to w drugą. Tegoroczne Wendigo przyniosło w końcu odpowiedź i jest to odpowiedź co najmniej satysfakcjonująca.

Otóż J.D. Overdrive wzięli wszystkie swoje muzyczne doświadczenia do kupy, wyciągnęli wnioski, olali próby stawania się kimś, kim nie są i nagrali naprawdę świetną płytę. Wendigo jest bardziej luzackim materiałem niż The Kindest of Deaths, spójniejszym pomimo zróżnicowania, momentami lżejszym, a całościowo na pewno bardziej rock’n’rollowym, ale ta swoboda nie jest już na pokaz. Nie wiem, z czego wynika – może zespół okrzepł, bo cztery płyty i dość mocna obecność wszystkich członków grupy razem i każdego z osobna na rodzimej scenie metalowej przyniosła wystarczająco dużo wiedzy i samoświadomości, by w końcu zacząć wykuwać własny pomnik? Wydaje mi się, że to najbardziej prawdopodobny powód. Na naturalność i szczerość Wendigo przełożyły się właśnie te dwa elementy: wiedza i samoświadomość.

J.D. Overdrive tym razem wyszli z bagien i nagrali płytę mocno heavymetalową. Owszem, jest na niej sporo południowych groove’ów, od których kwartet raczej nie chciał i nie miał po co uciekać, jest też nieco pozostałości bagiennych mgieł (na przykład w ostatnim na płycie Flesh You Call Your Own) ale całość broni się jako spójny metalowy krążek. Duża w tym zasługa gitar Stempla, które z jednej strony mocno cisną bluesem (usłyszycie go też wyraźnie w sekcji rytmicznej), ale i przeobrażają się w metalową maszynerię (sprawdźcie świetne partie w Hangman’s Cove albo otwierający płytę The Creature Is Alive). Pierwszorzędną robotę wykonał też Suseł – prawdę mówiąc to tak dobrze jeszcze nie śpiewał. Czasami jeszcze zdarzy mu się powrzeszczeć, ale większość tego typu wokali zostawił w sali prób Mentor. Kiedy w najlepszym na płycie Protector of All That Is Evil wchodzi czyściutko w prosty, ale efektowny melodyjny refren, moje serduszko się raduje. J.D. Overdrive udało się na nowym krążku nawet coś, co wychodzi niezmiernie rzadko – sprzedali nam zupełnie bezproblemowo momenty, które w innym anturażu uznalibyśmy za naiwne muzycznie, jak choćby w mocno radiowym New Blood. Wyszło im to tylko dlatego, że za każdym razem nadawali temu materiałowi jakiś własny sznyt a to charakterem wokali, a to mocniejszym perkusyjnym fragmentem, a to fajniejszą gitarą. Pomieszali też swoje inspiracje w taki sposób, że bez problemu sortujemy poszczególne fragmenty utworów na różne zajawki – to do bluesa, to do stonera, do pod szyld Black Label Society, a tamto pod Down – ale jednocześnie nie mamy odczucia, że to po prostu zlepek różnych pomysłów. Aranżacyjnie Wendigo jest zdecydowanie najbardziej przemyślanym krążkiem J.D. Overdrive i jednym z najpewniejszych punktów pośród wszystkich zespołów, które mógłbym określić mianem southernmetalowych, jakie dane mi było słyszeć (z jakiegoś powodu ta stylistyka lubi popadać w prostotę pomieszaną z prostackością). Poszczególne numery nie nudzą, co chwilę zaskakują jakimiś zmianami i po prostu są dynamiczne.

Nieźle sprawdziło się w tej konwencji zupełnie nowe brzmienie, jakie J.D. Overdrive sobie wymyślili. W zasadzie zmianie uległ jedynie dźwięk gitary Stempla, która jest duszniejsza i brudniejsza niż kiedykolwiek, a posłużyło całemu zespołowi. Taka prosta korekta dodała mu autentyczności i surowości, choć muszę przyznać, że za każdym razem, kiedy odpalam Wendigo, potrzebuję kilku sekund, żeby się do niej przyzwyczaić.

Recenzując The Kindest of Deaths stwierdziłem, że J.D. Overdrive są na dobrej drodze do tego, by wyskoczyć z południowo-metalowych ram, w które zupełnie świadomie sami się wcisnęli. Ale nie. Wendigo pokazuje, że kwartet z Katowic podszedł do sprawy inaczej – zamiast próbować na siłę wyjść z szufladki postanowił dopasować szufladkę do siebie. Rezultat jest taki, że bez problemu umacnia zespół na czele rodzimej southernowej sceny. J.D. Overdrive nagrali album z jednej strony przebojowy, z drugiej szczery, pozbawiony całej tej ułudy i prostackiej otoczki rodem z Hellyeah albo Texas Hippie Coalition, dopalając wszystko potwornym dźwiękiem i znakomitymi, zróżnicowanymi numerami. W końcu mamy southern metal, którego nie wstyd pokazać światu.

9/10

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , .