Kreator – „Coma of Souls” (2018)

Tak drogi czytelniku, to nie żart! Właśnie czytasz recenzję wydanej w 1990 roku płyty, na temat której wypowiedziało się już chyba każde dostępne medium metalowe i nie tylko. Dlaczego więc zabrałem się za opisywanie wydawnictwa, które na przestrzeni lat wyrosło na klasyka thrash metalu? Stało się tak, bowiem do skutku nie doszedł długo przygotowywany wywiad z liderem zespołu Milandem Petrozzą. W ramach przeprosin Noise Records wysłał nam kilka egzemplarzy starszych dokonań Kreatora, zawierających obszerny komentarz lidera zespołu, w tym właśnie legendarny krążek Coma of Souls. Gdy już wiadome jest, w jakim celu powstała ta publikacja, przejdźmy zatem do czynników, które sprawiły, że piąty album niemieckiej ekipy wyrósł do rangi płyty niemalże nieskazitelnej. Jeżeli lubisz powroty do przeszłości, przenieśmy się zatem do słonecznej Kaliforni, gdzie 28 lat temu Petrozza & Co. pracowali nad następcą świetnego Extreme Aggression.

Był to ważny moment w historii zespołu, ponieważ Coma of Souls to ostatni z ‘klasycznych’ dokonań grupy. Kolejne albumy odchodziły od sprawdzonej thrashowej formuły Kreatora i wędrowały w niezbadane industrialno-gotyckie zakątki metalu. Dla wielu jest to absolutnie najważniejsze wydawnictwo Niemców, dla innych kolejny solidny longplay. Poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko, ponieważ wcześniej w 1990 roku pojawiły się takie albumy, jak kapitalny Seasons in the Abyss od Slayera, solidny Better Off Dead Sodom czy Cracked Brain od znajomych z Destruction. Jak więc po 28 latach prezentuje się Coma of Souls?

Płytę inauguruje When the Sun Burns Red, którego melodyjne akustyczne intro może wywołać zwodnicze pierwsze wrażenie na temat albumu. Chwilę później mamy już do czynienia z nieustępliwym thrashmetalowym atakiem, który nie daje ani chwili na odpoczynek aż do samego końca trwania krążka. Szybka jazda bez trzymanki to coś, do czego Kreator przyzwyczaił nas już od początków swojej niemalże 35 letniej działalności na scenie. When the Sun Burns Red to jeden z tych utworów, które sprawiają, że piąty longplay Niemców to album wyjątkowy. Od pięknego intra, przez radykalne riffy, liryki opowiadające o ekologicznej zagładzie świata, aż do kapitalnej solówki Petrozzy. Czy dało się lepiej rozpocząć płytę? Odpowiedź jest prosta: zdecydowanie nie.

Po utworze rozpoczynającym, Kreator absolutnie nie zamierza zwalniać. Stosunkowo szybkie już tempo rośnie wraz z utworem tytułowym, który obok legendarnego już People of the Lie wyrósł na jeden z najbardziej znanych kompozycji niemieckiej formacji. Ten fantastyczny hymn opowiadający o upadku społeczeństwa i jego gnijącej od środka, przebrzydłej strukturze, której przesłanką jest chciwość, to jeden z najcięższych utworów na Coma of Souls. Ileż Petrozza i Frank Blackfire mieli pomysłów na riffy! Był to zdecydowanie jeden z najciekawszych gitarowych duetów tamtych lat. Ich kreatywność nie znała granic, a dzięki obecności Blackfire’a na piątym pełnowymiarowym wydawnictwie Kreatora, zespół zaskarbił sobie wsparcie nowej rzeszy fanów, bowiem gitarzysta zdobył uznanie, grając na takich klasycznych albumach, jak Persecution Mania czy Agent Orange.

Osobny akapit należy poświęcić nieco ponad trzyminutowej kompozycji zatytułowanej People of the Lie. Utwór wyryty jest w sercach niezliczonej liczby osób, które identyfikują się z tego rodzaju muzyką. Jest to również numer, który po dziś dzień jest obiektem zamiłowania ze strony młodszych fanów. Trudno się dziwić, ta kompozycja zawiera wszystko, co potrzebne by osiągnąć sukces. I mimo że jest to jeden z krótszych momentów Coma of Souls, to właśnie on pierwszy przychodzi na myśl, gdy wymieniany jest tytuł piątego wydawnictwa Kreatora – prawdziwy thrashmetalowy hymn z przepełnionym nienawiścią tekstem, okraszony cudowną solówką i chwytliwym refrenem. Można by zmarnować wiele godzin, prowadząc dysputy, czy to właśnie People of the Lie czy Pleasure to Kill jest uosobieniem twórczości Kreatora. Niemniej jednak pewne jest, że to właśnie People sprawił, że grupa zza naszej zachodniej granicy zyskała globalne zainteresowanie fanów.

Poza trzema pierwszymi kompozycjami, które niejako stanowią trzon płyty i według wielu są najlepszymi osiągnięciami niemieckiej ekipy, wyróżniają się również rewelacyjny Agents of Brutality, w który wpleciona została bezsprzecznie najlepsza solówka na albumie, podzielony na dwie części szalony Terror Zone, którego niemalże dwuminutowe intro przenosi słuchacza w nieznane mu pozaziemskie obszary, skondensowany do granic możliwości zaledwie dwuminutowy World Beyond, czy wielce brawurowy Hidden Dictator, którego nietuzinkowa linia basu przyprawia o dreszcze. Cała płyta jest bardzo spójna, nie ma na niej chociażby jednego fillera. Za najsłabszy numer na Coma of Souls można by uznać kompozycję Material World Paranoia, która i tak trzyma zadowalający poziom. Jak na klasyka przystało, nie ma tu miejsca na rażąco słabe czy żenujące momenty. W pierwszej dekadzie istnienia Kreatora nie było zresztą mowy o mocno wyraźnych pomyłkach, czego nie można niestety powiedzieć o przejściowym okresie grupy, czyli latach 1995-99 ubiegłego wieku.

Mimo że od wydania Coma of Souls minęło niespełna 30 lat, album wciąż brzmi świeżo i zachwyca świetną produkcją i masteringiem. Nie jest to wprawdzie brzmienie tak surowe, jak na płytach Pleasure to Kill czy Terrible Certainty, ale w muzyce zawartej na niniejszym opisanym wydawnictwie Kreatora wciąż czuć zacięcie i zapał. Oprócz tego, to właśnie tutaj po raz pierwszy w muzyce Niemców słychać wyraźne wpływy heavymetalowych gigantów takich jak Judas Priest czy Iron Maiden, czyli zespołów, które – jak się okazało z biegiem czasu – stanowiły duże źródło inspiracji dla Milanda Petrozzy. Kreator odważnie stąpał do przodu, nie zapominając o swoich korzeniach, które przyniosły im rzesze fanów i ogólnoświatowe uznanie. Najważniejsza jest jednak treść albumu, a ta zasługuje na najwyższe z możliwych not. Przy niespełna 45 minutach długości, Coma of Souls nadal się broni na przestrzeni lat. Dłuższy od swoich poprzedników, wsparty bardziej wyrazistą i profesjonalną produkcją, a także bardziej spójny niż kiedykolwiek, piąty krążek metalowców z Essen to esencja thrash metalu. Czy można wyobrazić sobie, jak wyglądałaby dzisiejsza scena, gdyby nie ukazało się to wzięte przeze mnie pod lupę dzieło? Cóż, oczywiście znajdą się tacy, którzy podważą wartość i znaczenie tego mistrzowskiego dla mnie wydawnictwa. Moim zadaniem nie jest jednak tym razem promowanie krążka. Pragnę tylko oddać cesarzowi co cesarskie. Tym większa szkoda, że kolejne dokonania Kreatora zabłądziły gdzieś po drodze od bezpiecznego schronienia, które Niemcy sobie solidnie zbudowali. Każdy jednak ma prawo do eksperymentowania, a my możemy radować się faktem, że znakomite osiągniecie, jakim jest Coma of Souls ujrzało światło dzienne i wyznaczyło nowy szlak dla kolejnych zespołów, które biorą z niego przykład po dziś dzień. A kto nie zna, niech się wstydzi i jak najszybciej nadrabia zaległości. Pozycja bardziej niż obowiązkowa.

 

Marcel Szczepanik

Marcel Szczepanik

I'm the living witness
Of the torment and the pain
I was doomed to see the planet die

He shalt be the Liege of Inveracity
Marcel Szczepanik

Tagi: , , , , , , , , , , , .