Lebowski – „Lebowski plays Lebowski” (2017)

Siedem lat czekali fani Lebowskiego na nowy album! Wreszcie jest! Co prawda, to nie jest jeszcze upragniona płyta studyjna, ale wydawnictwo, które otrzymaliśmy na początku czerwca bynajmniej nie zawiera odgrzewanych „resztek” czy czegoś w tym rodzaju.

Album nosi tytuł Lebowski plays Lebowski i jest zapisem występu formacji na Tennis Music Festival z września ubiegłego roku, podczas którego panowie wykonali aż sześć nowych kompozycji. Jedna z nich, Buongiorno, wybrana została do promocji całości. Początek jest natomiast klasyczny… Intro to Marche pour la ceremonie des Turcs, temat zz filmu Wszystkie poranki świata. Następnie uderzyli już w rockowym stylu i uraczyli nas – słuchaczy dwoma doskonale bardzo znanymi utworami z debiutu Cinematic – tytułowym oraz Iceland.

Te dwie długie i rozbudowane kompozycje, typowe dla muzyki progresywnej, są pozbawione wokalu, podobnie jak wszystkie w dorobku Lebowskiego. Dodano jednak do nich jeszcze fragmenty dialogów filmowych (m.in. z kultowej „Hydrozagadki” Kondratiuka), które urozmaicają muzykę. Pierwszy, nowy numer w tym zestawie, to Last King ze wspaniałym „lotem” gitary (obsługiwanej przez Marcina Grzegorczyka) i wyśmienitym klawiszowym pasażem w wykonaniu Marcina Łuczaja. Ten numer, to zarazem jeden z ostrzejszych fragmentów albumu. Galactica czyli kolejny utwór na płycie, jest bardziej stonowany, choć chwilami też się rozpędza…

Niewątpliwie jednym z najciekawszych numerów jest Goodbye My Joy ze świetną partią zagraną na flugelhornie (w tym wypadku uczynił to Dawid Głogowski). Ta bardzo melodyjna kompozycja trzy lata temu ukazała się na singlu, zatem publika zgromadzona w namiocie festiwalowym oczywiście żywo zareagowała na jej wykonanie. Wspomniany już Buongiorno, to także ładny temat i w dodatku najkrótsza z autorskich, kompozycja na płycie – także idealnie nadaje się na utwór promocyjny.

Nie ma wątpliwości, że muzycy Lebowskiego zadbali o dramaturgię występu. Na finał wybrali bowiem utwór Once in A Blue Moon” bardzo dobrze podsumowujący, to, co słyszymy na płycie. Każdy z instrumentalistów pokazał w nim swoje możliwości, a efektem jest kolejny prog-rockowy majstersztyk. Osiem i pół minuty grania, którego chciałoby się słuchać nawet jeszcze dłużej.

Fani powinni być zatem zadowoleni i wdzięczni za tak dużą dawkę nowych dźwięków od tej szczecińskiej grupy. Zaopatrzeni w to wydawnictwo zaspokoili bowiem głód nowych dokonań Lebowskiego i do grudnia (kiedy ma się ukazać album studyjny) powinni, jak sądzę, „wytrzymać”.

Ocena: 8/10

Autorem recenzji jest Radek Bruch.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr

Latest posts by Piotr (see all)

Tagi: , , , , , , , , .