Lęk – “Shadows of Black Souls” (2017)

O tym, że Górny Śląsk metalem stoi wie chyba każdy. Co prawda trzy czwarte tych, co wiedzą, wiedzą za sprawą Nihila i któregoś z jego projektów, pozostali zaś (ci z peselem wskazującym jeszcze na dorastanie w komunie) za sprawą Kata. Oczywista prawda jest jednak zupełnie inna. Śląskich kapel jest cała masa, i to, że nie mają nic wspólnego ze sztandarowymi personami swojego świata wcale nie oznacza, że mają się czego wstydzić.

Kwartet Lęk powstał pięć lat temu i ma w swoim dorobku dwa pełnowymiarowe krążki. Pierwszy wydany w roku 2014 (zawierający również dwa demowe utwory z roku 2013) oraz najnowszy, wydany tuż przed wakacjami dzięki Wolspell Records.

Gdyby ktoś pytał o opinię jednozdaniową, to myślę, że można pokusić się o sformułowanie, że Lęk to klasyczny przedstawiciel nurtu blackmetalowego w wersji oldschool. Instrumentarium, klimat, szata graficzna, brzmienie, wszystko przemawia za stwierdzeniem, że Lęk to kolejny Hades, tylko dwadzieścia lat później. Tyle, że szufladkując hordę w ten sposób, wiele jej odbieramy. Już spieszę z tłumaczeniem dlaczego.

Shadows of Black Souls to osiem niedługich kawałków trwających łącznie niecałe trzy kwadranse. Pierwszy z nich stworzony został w języku ojczystym, pozostałe zaśpiewane są klasycznie in inglisz. Wspominam o tym dlatego, że choć nigdy głębiej się nad tym nie zastanawiałem, to denerwuje mnie zmiana języka przekazu na jednym, co do zasady, spójnym krążku. I choć zarówno Absencja ducha, jak i pozostałe kawałki są świetne, to nieco się ze sobą gryzą.

Pierwszy kawałek wyróżnia się zresztą nie tylko polskim wokalem. Jako jedyny na płycie ma mocno rozbudowane organowe intro, które jest piękne klasycznie, pasuje do wstępu do jakiegoś horroru o wampirach i można go słuchać bez końca. Innych wolnych momentów na płycie nie ma zbyt wiele (przestrzenna gitara w As Leaves i to chyba wszystko), co pomimo nie do końca ekstremalnej formy przekazu, stawia album raczej w szeregu tych bezkompromisowych.

Fakt ten potwierdza choćby żwawa linia perkusji (choć zmiany tempa są oczywiście obecne, a Oskar nie wali w bębny niezależnie, czy jest to potrzebne, czy nie), grzechocząca gitara i bardzo klarowny growl.

Natomiast od mediany głównego prądu w nurcie odróżnia Lęk ciekawa i przemyślana linia melodyczna w każdym kawałku, przykuwające ucho smaczki (głównie gitarowe – radzę posłuchać płyty na słuchawkach) i taki naturalny flow, który powoduje, że muzyka nie męczy ani słuchaczy, ani z pewnością samych twórców tej płyty.

Tej płyty po prostu świetnie się słucha i nie nudzi się nawet po kilkukrotnym przewałkowaniu. A te różne mniejsze i większe przecinki urozmaicają tylko odbiór, czyniąc go jeszcze przyjemniejszym. Jedyne, czego na albumie zabrakło, to jakiegoś hymnu na modłę Alone Walkyng czy Unholy Congregation, jeśli pozostać przy porównaniach do norweskiego Hadesa.

I tego będę oczekiwał po płytach kolejnych Lęku!

Ocena 8,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , .