Leng Tch’e – „Razorgrind” (2017)

Nigdy za twórczością Leng Tch’e nie przepadałem. Muzyka Belgów, mimo nazywania jej grindcorem, zawsze wydawała mi się zbyt miękka i grzeczna, a odsłuchy kolejnych płyt najczęściej kończyły się na dwóch lub trzech singlach. Teraz, po siedmiu latach ciszy wydawniczej, chłopacy wydali nowy materiał. Muszę przyznać, że niczego się po nim nie spodziewałem i odsłuchałem go tylko dlatego, że nikt inny w redakcji nie podjąłby się tej recenzji. I może był to błąd? Za chwilę wytłumaczę, dlaczego.

Razorgrind, wbrew dość chwytliwej nazwie, nie jest wcale ani „razor” ani „grind”. Owszem, pod względem budowy kawałków najtrafniej będzie określić to jako grindcore, jednak używając terminu jako wyznacznika prędkości, intensywności i agresji, porównujemy tutaj wiewiórkę do niedźwiedzia. Sam na własny użytek określam Leng Tch’e jako pomieszanie hardcore’u i groove metalu, względnie „family friendly grindcorem dla przedszkolaków”. Prawda, że nie brzmi to zbyt ostro? Zupełnie jak kawałki na płycie. Jest ich razem czternaście, trwają około trzydziestu pięciu minut, i są okropnie nijakie. Niby czasem znajdzie się jakiś chwytliwszy numer (Cibus z dość ciekawie poprowadzonym wokalem, Cirrhosis, AnarChristic po przyśpieszeniu też by się nadał), niemniej przez większość odsłuchu nie opuszczało mnie poczucie nudy i niespełnionej obietnicy ekstremalności. Tempo jest strasznie wolne, wręcz ślamazarne, a okazjonalne blasty niczego w tej kwestii nie poprawiają. Nieprzypadkowo wspomniałem o mieszance HC i groove’u, to właśnie te przedziały prędkości. Jest tu także odpowiednia dla owych dwóch nisz ilość bujających motywów, czasami będącymi wręcz czysto core’owymi breakdownami (wspomnijmy Redundant, The Red Pill i I Am The Vulture, choć taneczne groove’y przewijają się w sumie co chwilkę). Razorgrind zaserwuje też bardziej balladkowy Spieces Path Extinction (cholera wie po co, bo jeszcze bardziej zwalnia całą płytę), Guinea Swine z potrzebnymi jak kotlet w torcie klawiszami, oraz zbędnie przeciągany, niczym filmowa adaptacja Hobbita, Magellanic Shrine. Dodatkowo do puli wad dorzucić muszę wokal. Przyznaję, jest charakterystyczny i sprawny technicznie, niemniej zupełnie mi się nie podoba.

Ktoś mógłby powiedzieć, że Bajeczny jest lamus bo najpierw mówi że płyta nie jest grindcore’owa, a potem narzeka, bo… nie jest grindcore’owa właśnie. Zupełnie nie o to chodzi. Jestem ostatnią osobą, która ściśle trzyma się etykietek. Razorgrind jest dla mnie po prostu zbyt grzeczny, zbyt cywilizowany, nie lubię go. Niemniej wypada dodać, że podobną opinię mam na przykład o muzyce Amon Amarth, bardziej ceniąc brudny i obskurny do przesady Pissgrave. I tu nawiążmy do końca pierwszego akapitu: myślę, że Razorgrind dużo bardziej mógłby się spodobać komuś, kto typowy grindcore uważa za trudny do wytrzymania hałas. Nie jest ekstremalny, nie gna na złamanie karku, utwory to nie są muzyczne odpowiedniki tsunami. Leng Tch’e, zamiast szybkiego strzelenia w pysk i równie szybkiej ucieczki, woli dłuższe i wolniejsze tango. Nie mogę z czystym sercem dać im wysokiej oceny. Mogę natomiast polecić sprawdzenie tej płyty osobom, które dotychczas grind odrzucały. Spróbujcie, nie zaboli. Na pewno nie za mocno. Tym bardziej że na YouTube znajdziecie pełny stream.

Ocena: 5,5/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Tagi: , , , , , , , .