Lucifer „Lucifer I” 2015

Długo zabierałem się do napisania tej recenzji, chyba zbyt długo bo pewne emocje, które towarzyszyły mi przy pierwszym kontakcie z Lucifer są chyba nie do odtworzenia. To pewnie banał, ale najtrudniej krytycznie omawia się te rzeczy, które nam się podobają. Takie, które potrafią przyciągnąć na dłużej i wprowadzić w stan w jakim później chcemy znaleźć się po raz kolejny i kolejny, i tak w nieskończoność aż przychodzi pustka. Podobnie jest z debiutem Lucifer, który przesłuchałem niezliczoną ilość razy latem. To niemal doskonała płyta, ale łatwo ją przedawkować.

Znana ze swojej krótkiej przygody ze świetnego projektu The OathJohanna Sedonis, pod nowym szyldem Lucifer, przygotowała naprawdę wysmakowany i świetnie wyprodukowany album. Lucifer I to 44 minuty stoner doomu z lekką nutką nostalgii za czasami naznaczonymi przełamywaniem tabu i osiąganiem odmiennych stanów świadomości. Fenomenalny wokal Sedonis nadaje niesamowitej przestrzeni i kolorytu dość prostym, choć dobrze brzmiącym, partiom gitar. Mimo, że nie ma tu przypadkowości i wszystko tyka tak jak powinno w dobrej, niemieckiej machinie to jednak nie jest to muzyka całkowicie ograna i przewidywalna. Posłuchajcie np. numeru „White Mountain” i tego transowego prowadzenia melodii to zrozumiecie co mam na myśli. Wsiąkniecie bez reszty. Podobnie jest zresztą w „Sabbath” czy „Izrael”. Staroświeckie riffy które są echem jakichś fascynacji Candlemass czy Black Sabbath, nieco wycofana, jak na dzisiejsze standardy, perkusja i gęste opary opium unoszą się nad tą płytą przez cały jej program. Trudno nie dać się oczarować, trudno nie powtórzyć za Johanną tych magicznych słów, abrahadabra, i nie odpłynąć. Ta płyta uwodzi słuchacza, jest silna i konkretna i… bardzo kobieca. Uzależnia niczym kwas, uderza ciepłem, rozgorączkowuje nas aż do euforii by wreszcie pozostawić nas niczym wydrążoną skorupę.

I znów docieram do punktu bez odwrotu. Punktu, w którym niższa ocena tej płyty i jej mankamenty tak widoczne dla mnie gdy zacząłem pisać ten tekst nie są już takie oczywiste. Inna sprawa czy moje zarzuty będą miały jakiekolwiek znaczenie? Nie, bo ta płyta nie jest „niemal doskonała”. Ona jest kompletna i prawdziwa niczym moje od niej uzależnienie. I już „nie bronię się przed uderzeniem śmierci ”. Będę żył dopóki nie umrę. Na detox nie mam ochoty…

Ocena: 10/10

Moloch

Moloch

Ohyda Ammonitów, praktyk i teoretyk black metalu.
Moloch

Tagi: , , , , , , , , .