Machine Head – „Catharsis” (2018)

Od paru lat obserwuję tendencje na zmiany stylistyczne, przemiany duchowe i powroty do tzw. korzeni artystów, którzy powoli, czasem mozolnie budowali swój statut kultowych. „Kto się nie rozwija, umiera”, więc sięganie po różne środki wyrazu jest zupełnie naturalne i zrozumiałe. Jednak jak doskonale Państwo zdają sobie sprawę, te wszystkie ewolucje, rewolucje i pęd do rozkwitu dawały w przeszłości różne skutki. Najjaśniejszą gwiazdą umiejętnego czerpania całymi garściami z inspiracji poprzednimi epokami i żonglowania gustem swoich fanów w mojej ocenie okazał się Ulver z ubiegłorocznym synthpopowym dziełem The Assassination of Julius Caesarzaś do zaskoczenia i zakały roku pretenduje Machine Head z absurdalnie do sytuacji zatytułowanym albumem Catharsis, wydanym w styczniu bieżącego roku. Żeby dodać pieprzu do mało strawnych singli promujących, premierze albumu towarzyszył skandal związany ze internetowo-społecznościową batalią Robba Flynna wobec nieprzychylnych recenzji, szczególnie w magazynie Decibel. Zaraz, zaraz, znów mam 16 lat?

Jeśli Catharsis ukazałby się tuż po komercyjnej klęsce Supercharger (2001) albo nawet wcześniej po The Burning Red (1999) nie wybałuszałabym teraz oczu i uszu na najnowszą propozycję od Machine Head. Album trwa aż 75 minut i oprócz paru przerywników, przypominających, że oto słucham jednego z najbardziej zasłużonych metalowych tuzów, dzielących scenę z największymi, to umęczyłabym się po czubek nosa. Jest niedobrze. W czym rzecz – nie ma tu nic, czego już kiedyś Panowie nie powiedzieli. I to dosłownie. Nu-metalowy groove, thrashowe solówki, dużo melodii i czystego śpiewu Flynna, plus rap-frazowanie tekstów. Kompozycjom nie można odmówić przebojowości – są skoczne zwrotki i fantazyjne refreny, które można pośpiewać w samochodzie, ale brakuje zdecydowanie polotu, ciężkości, charakterystycznych przecież dla MH przestrzennego brzmienia i rozbudowanych utworów o intro, podkręcenie napięcia i wywindowanego punktu kulminacyjnego. Tego na Catharsis jak na lekarstwo. Za przebłysk dobrego MH można uznać najdłuższy Heavy Lies The Crown czy Screaming at the Sun, podobać się może dynamiczny, chwytliwy Hope Begets Hope lub zmieniający tempo Psychotic. W większości dostajemy jednak odgrzewane lata świetności melodyjnego metalu w dość średnim wydaniu. Nie kupuję ani pseudo-smyczków (Behind the Mask), ani przedziwnych chórków (fatalny California Bleeding, kornowe Grind You Down), ani rezygnacji z „przyłożenia” na rzecz melodii. Przy tym wszystkim mieszanie stylów wyszło MH istotnie niezgrabnie, a wręcz należy powiedzieć wprost: więcej tu pomieszania z poplątaniem w bardzo złym rozdaniu niż kreatywnych pomysłów – w Kaleidoscope dostajemy klaskanie w stylu Rubika, punkowy bit i smyczki na finał, a w Bastards „szantowy”, gitarowy szlif i folk (?). Nie byłoby w tym nic złego, gdyby można było jakkolwiek doszukać się jakiegoś konceptu, o konsekwencji nawet nie wspomnę. Kolejną bolączką, która osobiście mnie dotknęła są patetyczne albo niemal „gówniarskie”, żenujące liryki. Już sam album zaczynający się od wykrzyczanego „Fuck the world” bynajmniej nie przywodzi na myśl poważnego wydawnictwa. Ok, Robb lubi słowo „fuck”, doskonale je akcentuje na koncertach, najlepiej w każdym utworze przed i po, my też lubimy dosadne podkreślenie myśli, tak? Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie oczekiwałam poezji śpiewanej, ale jakieś minimum przyzwoitości u tak wściekle zaciętego Flynna nie powodowałoby tych wszystkich skojarzeń z dziecinnym brakiem umiejętności wyrażenia swojego sprzeciwu wobec zła rzeczywistości. Zakładam, że miało być ironicznie, świat według Flynna chyli się ku upadkowi (California Bleeding), ludzie nie mają szacunku do siebie (Triple Beam), a choć ojczyzna nie gwarantuje już wolności i bezpieczeństwa, to trzeba pamiętać, że jeszcze jest na świecie miłość (Bastards). Szkoda, przy czystym śpiewaniu infantylne teksty drażnią jeszcze bardziej. Żałuję również, że mając przy sobie tak dobrych muzyków, Flynn dzierży ster absolutny i ani perkusja Dave’a McClaine’a, ani gitara basowa Jareda MacEacherna niczym się nie wyróżnia. Ja już to wszystko gdzieś słyszałam i doskonale wiem, gdzie.

Catharsis oceniam nisko, może niekoniecznie jako zło absolutne, ale jestem rozczarowana. Zjadam Machine Head na śniadanie, widziałam ich na 11 koncertach, często z nimi studiowałam, przechodziłam fazy dorastania, uspokajania i pracy nad sobą, a oni wypuszczają karykaturę siebie i jeszcze nazywają ją „oczyszczeniem”. Sztuka nie ma ram, nie ma końca, trzeba eksperymentować, czerpać z osiągnięć kultury i nie bać się wracać do sprawdzonych patentów. Trzeba również wyciągać wnioski z własnych porażek. Rob Flynn i spółka zdaje się motto, żeby nie oglądać się za siebie potraktowali zbyt dosłownie, bo wszystko, co kiedyś im wytknięto, dziś podkreślili z podwójną mocą w najmarniejszy sposób. Panowie wyjątkowo się postarali, żeby czar fascynacji zespołem na jakiś czas prysł. Może nie na dekadę, ale niesmak po albumie Catharsis pozostanie.

Ocena: 4/10

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Tagi: , , , , , , , , .