Magia Nera – „L’ultima Danza Di Ophelia” (2017)

Choć Anglosasi zdominowali rockowy świat, przynajmniej ten mainstreamowy, to przecież w różnych zakątkach Europy nigdy nie brakowało tych, którzy z inspiracji wielkimi tworzyli własną muzykę. Włoska Magia Nera (czyli po prostu Czarna Magia) działała na rodzimym rynku w latach 1969 – 1973, a zatem być może w najbardziej twórczym okresie w dziejach muzyki rockowej. Nic zatem dziwnego, że w kompozycjach tego zespołu słychać odniesienia do klasycznych dokonań ówczesnych tuzów, by wymienić Deep Purple, Uriah Heep czy wczesne Black Sabbath. Można wyczuć też na L’ultima danza di Ophelia progresywne zacięcie, upodobania do rozbudowanych form, łączenia ze sobą fragmentów mocnych i łagodnych, czego najlepszym przykładem może być wieloczęściowa suita Dieci movimenti in cinque tracce. No i oczywiście słychać tu symptomatyczne umiłowanie Włochów do piosenkowości i melodyki. Takie zestawienie przyniesie zespołowi wielu fanów, ale może też niektórych odrzucić na wstępie.

Recenzowany album to efekt ponownego zejścia się muzyków Magia Nera i wznowienia działalności po ponad czterdziestu latach niebytu. Stare kompozycje zyskały zatem nowe aranżacje i wykonania, dzięki czemu album brzmi spójnie i wyraziście, przy jednoczesnym poszanowaniu starych, dobrych wzorców. Słychać tu rzeczywiście (nie przymierzając) inspiracje Deep Purple – rozpoczynająca album Ophelia przynosi ciekawy motyw basu i „lordowskie” partie klawiszy. Il Passo Del Lupo to już niemal heavy metalowy riff, ale zawiera w sobie spokojniejszą część z fortepianem i zgrabny powrót do mocniejszego uderzenia. La Strega Del LagoLa wypada energetycznie, z ciekawym riffem, dającym też nieco oddechu, dzięki sprawnemu wykorzystaniu pauz. W Tredicesima Luna zaś spodobać się może solo na gitarze i organach Hammonda.

Na oddzielne omówienie zasługuje złożona z dziesięciu części suita Dieci movimenti in cinque tracce. Mamy tu wszystko do czego rock progresywny, rodzący się w latach, gdy Magia Nera zaczynała, zdążył nas przyzwyczaić: akustyczny wstęp gitary, przywołujące folkowy klimat dźwięki fletu, solidne, przeplatające się ze sobą riffy, klimatyczne wstawki (a to zegar zabije, a to nawałnica napłynie), solówki różnych instrumentów, zabawy formą i nastrojem, a do tego śpiewającego i recytującego niskim głosem wokalistę. Ktoś się będzie zżymał, że już nie wypada, że to pretensjonalne, ale w końcu tak się kiedyś grało, a przecież Magia Nera egzorcyzmuje na tej płycie ducha własnej młodości.

Oczywiście włoski język nie ułatwia odbioru – za bardzo w kontekście rockowym przyzwyczajeni jesteśmy do angielszczyzny. Mowa znad Apeninów i nienaganna dykcja posiadającego głęboki głos śpiewaka, dodaje utworom z L’ultima danza di Ophelia nieco teatralności, co nie każdemu musi odpowiadać. Wyjątkiem jest tu piosenka Gypsy (odśpiewana zresztą z akcentem), klasyk z repertuaru Uriah Heep. Utwór ten, jeden z hard rockowych evergreenów, odegrany został poprawnie, ale bez polotu, dramaturgii i mocy pierwowzoru.

Czy zatem wypada polecić płytę weteranów z Magia Nera? Tym wszystkim, którym serce bije w rytmie purplowych riffów z początku lat 70. – pewnie tak. Kto ma się za rockowego kronikarza klasycznej ery, też powinien się zainteresować. Inni… Cóż, na tych łamach dość polecamy płyt czerpiących z Czarnej Magii, więc nie każdy musi pokochać tę włoską.

ocena: 7/10

Paweł Lach

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Tagi: , , , , , , , , , , .