Maszyny i Motyle – „Czas” (2017)

Jeśli lubisz, drogi słuchaczu, drążyć sobie czasem dziury w głowie i zastanawiasz się, jak wygląda szaleństwo od strony materialnej, zapraszam. Idealnie do takich praktyk sprawdzi się podkład muzyczny w postaci najnowszego, drugiego wydawnictwa składu Maszyny i Motyle pod tytułem Czas (premiera 23 czerwca br.). Za projekt odpowiadają Grzegorz Chudzik –  gitara basowa, programowanie rytmów, flet, akordeon, wokal,  i Radosław Luszczyk – gitara, programowanie rytmów. Panowie stworzyli dzieło, które łączy w sobie szeroko pojęty industrial z plamami kilku gatunków z pogranicza noise’u, post-hardcore’u i awangardy w ogóle, poskręcane w dłuższych fragmentach w math-rockowy rollercoaster. Składając wszystko w jakiś koncept, będziesz odczuwać duchotę, rozdygotanie, histerię, ale zaczekaj, drogi słuchaczu, posłuchaj, a zdziwisz się, że tu się wszystko ze sobą zgadza.

Po pierwszych numerach albumu Czas spodziewałam się, że czeka mnie swoisty mindfuck, a jednak całkiem szybko poukładałam sobie w głowie propozycję od Maszyn i Motyli. Już sama nazwa projektu prowokuje, interesuje. Z notek promocyjnych (albo wywiadu udzielonego tu) dowiadujemy się, że perkusja tym razem jest programowana – mamy więc „Maszyny”. „Motylami” określiłabym zestaw użytych instrumentów i wokal – coś żywego, kolorowego. Zabawa w interpretacje projektu, a co za tym idzie – muzyki, wydaje się nieodzowna z wytężeniem umysłu, jak to się ma do całości w ogóle. Około 41 minut muzyki, 10 kompozycji, różniących się od siebie czasem trwania i natężeniem. Album brzmieniowo jest surowy, jednak pozbawiony brudów, które zupełnie by w tym wypadku nie przeszkadzały. Nie ma przestrzeni, czuję raczej wąskie pomieszczenia wypełniane pokręconymi, ale mało skomplikowanymi riffami, bardziej wciągające w trans, niż nadające melodii. To na pewno na plus. Nie mogę jednak przeboleć faktu, że perkusja pochodzi z komputera. Taki był zamysł, rozumiem, jednak co znaczy żywy instrument w dobie cyfryzacji wszystkiego mogłabym napisać elaborat, tym bardziej że na albumie Czas połamany rytm odgrywa kluczową rolę. Na myśl od razu przychodzi mi świetny rodzimy projekt [::](4dots) czy trochę łagodniej pokomplikowany nowozelandzki zespół Kerretta, gdzie (żywi) pałkerzy stanowią o istocie fundamentu muzyki, a nie mówiąc już o efekcie w duchu koncertowym. Za drugi mankament uznaję partie wokalne, które osobiście mi przeszkadzały. Niby wszystko do siebie pasowało, ale ani barwa głosu, ani sposób użycia wokali, np. melorecytacje wypuszczane jak kule z karabinu w Inercji czy Ilorazie nieszczególnie mi podeszły. Za to na łopatki kładą zmyślne kompozycje, szczególnie utwory Chwila i kontynuator Moment – jest tu miejsce na genialny, podszyty niepokojem klimat, wariacje gitarowe i jakieś niby-punkowe zacięcie, nawet w wokalu. Za najciekawszy uważam 14-minutowy utwór Rany, który jest esencją wszystkiego, co na tej płycie najlepsze: nieoczywisty podział perkusji, jakaś dramatyczna, paranoiczna atmosfera, jakby nakładające się na siebie linie gitary i basu, podkręcone noise’wymi fragmentami….. a wokal wydaje się tu zupełnie zbędny. Całkowicie fantastyczny jest zamykający, instrumentalny utwór Inercyja z ukłonem w stronę neofolku, a to na przykład dzięki zastosowaniu akordeonu. 

Na koniec wracam do ciebie, drogi słuchaczu, namawiając do zmierzenia się z formą muzyki innej, tak zwanej ambitnej. Czy podołasz? Dla mnie to na pewno ważny album na polskiej scenie muzycznej, który pokazuje, jak wspaniale funkcjonuje awangarda, i ile tam miejsca na eksperymenty. W podziemiu muzycznym warto szperać, nigdy nie zmienię zdania, że to najlepsza kopalnia emocji. Zastąpienia jednak żywych instrumentów maszyną nie kupuję. 

Ocena: 7/10

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , .