Moonlight – „Nate” (2018)

Takie czasy, że trasy koncertowe grają muzycy, którzy mieli już ze sobą nigdy nie występować (przynajmniej Not In This Lifetime). Ba, czasem nawet śmierć nie jest w stanie artysty zatrzymać, bo zza grobu straszy jego hologram. Czy kogokolwiek może więc zaskoczyć powrót zespołu, którego członkowie kilkanaście lat temu rozstawali się, obiecując sobie wrogo, że „poleje się krew”?

Moonlight, bo o nich mowa, prezentują nowy, nagrany po 11 letniej przerwie album studyjny zatytułowany Nate (premiera 19.01.2018r.). Ten powrót mógł rodzić obawy. Najstarsze dokonania grupy brzydko się zestarzały. Najpiękniejsze dźwięki okraszone księżycowym światłem powstały, kiedy w zespole nie było już Daniela Potasza, a to z nim w składzie powraca szczecińska formacja.  Bałem się więc bezpośrednich nawiązań do gotyckiej, w moim mniemaniu kanciastej i kwadratowej, przeszłości. Szczęśliwie, grupa nie zamierza bazować na sentymentach swoich fanów i zabiera słuchaczy tam, gdzie dotychczas ze swoją muzyką nie gościła. Z pewnymi wyjątkami.

To nowe, nasycone elektroniką wcielenie może się podobać. Przede wszystkim doceniam to, jak przez te kilkanaście lat rozwinął się Potasz. I jako kompozytor, i zapewne jako słuchacz, którego kręci znacznie więcej muzycznych bajek niż kiedyś. Wielkie brawa należą się także Mai Konarskiej, choć to akurat nie nowość, że jej głos przyciąga jak magnes. Wokale Mai są różnorodne, idealnie dobrane do charakteru utworu, partie są pięknie wykonane i, last but not least, są też często zaraźliwie chwytliwe. Rolę Pawła Gotłasa łatwo byłoby przeoczyć, wiadomo, bas  rzadko kiedy wyczuwalny jest od razu, ale w tym przypadku warto nadstawić uszu. Paweł bowiem przygotował smakowite i  pulsujące partie, które uwydatniają charakter kompozycji. Najwięcej powodów do narzekań może mieć, nowy w zespole gitarzysta, Marek Pokorniecki. Wspomniany elektroniczny kierunek obrany przez Potasza, który jest głównym kompozytorem albumu, niewiele pozostawił miejsc, w których Marek może pokazać pełnię swoich umiejętności. Najczytelniejsze partie gitary usłyszymy w utworach Sex, Lili oraz Zabić Siebie.

Istotną rolę w budowaniu różnorodności Nate odegrali liczni goście. Daniel Potasz nie ukrywa, że wolał postawić na żywe instrumenty, a nie na sample, dzięki czemu możemy cieszyć ucho partiami duduka (Aram Arabachyan w utworze Sex), pianina (Marcin Matecki w Kołysance), fletu (Magdalena Traczyk-Borszyńska w Roads) czy kontrabasu (Janusz Jędrzejewski we wspomnianej Kołysance). Dodatkowo, oprócz Mai, na albumie słyszymy pięcioro innych wokalistek i wokalistów (czasami w duetach, czasami w partiach solowych). 

Smakowanie tych intrygujących gościnnych partii psuje trochę produkcja. Myślę, że wspomniane instrumenty i wokale mogłyby być lepiej wyeksponowane. Pozostając w temacie brzmienia, bywa, że brak perkusisty jest silnie wyczuwalny (zwolnienie w drugiej minucie Bio jest, brrr, koszmarne). W mojej głowie rodzi się pytanie -skoro grupa nie chce mieć w składzie pałkera, to może zamiast automatu perkusyjnego mogłaby postawić na tłusty beat?

Nowemu materiałowi nie brakuje też innych wad. Bio jest zbyt rozwleczony (mimo że trwa zaledwie cztery minuty) z powodu zbyt dużej ilości powtórzeń refrenu. Ciężar, pomimo świeżego brzmienia, sprawia wrażenie jakbyśmy wciąż mieli XX wiek, a Moonlight nadal był reprezentantem „rycerskiego metalu”. Za minus uznaję także powracającą w tekście (który to już raz?) Meren-Re, choć tym razem to Maja, a nie Daniel, ją przywołuje.

Za najsłabszą część Nate uważam jednak cztery stare numery zaprezentowane w nowych w wersjach. Chciano je odświeżyć? A może przeciwnie- pokazać ich pierwotną formę? Nieważne, efekt jest zły. Meren-Re Dobranoc został rozciągnięty ponad granicę wytrzymałości. Mam w pamięci piękną, intymną i wzruszającą wersję z albumu Candra i uważam, że  ponad dziesięciominutowe koncertowe wykonanie zamieszczone na nowej płycie to największa tortura. Asuu natomiast pocięto w trudny do wytłumaczenia sposób. W efekcie z niepokojącego, hipnotycznego tripu ostał się jedynie mały fragment. To tak, jakbyśmy chcąc obejrzeć film, musieli zadowolić się zaledwie trailerem. Col z kolei pozbawiony jest pierwotnego pazura, mocy jaka biła z tego numeru. W zamian dostajemy schowaną gitarę i „umca umca” z parapetu. I jeszcze na dokładkę ten niepotrzebny męski wokal… Chętnie kupiłbym wersję pozbawioną tych odgrzewanych kotletów i raczył się tylko nowymi utworami. 

Nate to udany powrót Moonlight. Może i nowy album nie chwyta mnie za serce, nie oszałamia i nie zaskakuje jak ich najlepsze wydawnictwa (ze szczególnym uwzględnieniem Candra, Audio 136 i przede wszystkim DownWords), ale cieszę się, że zespół powraca pełen nowych pomysłów. Czuć, że to nie jest ich ostatnie słowo. 

Ocena: 7/10

 

Tagi: , , , , , , , , , .