Nicole Sabouné – „Miman” (2017)

Wiem, że „lepiej późno, niż wcale” to oklepany frazes, ale pasuje on tutaj podwójnie. Miman to album, który miał swoją premierę w 2015 roku – rzecz w tym, że wydawnictwo ukazało się jedynie w krajach skandynawskich. Nie pojawiło się również w serwisach streamingowych, a zdobycie fizyczniaka było już zupełnie karkołomnym zadaniem. Tym bardziej, że album nie był zbytnio promowany poza ojczystą dla artystki Szwecją. A żeby płytę kupić, to najpierw trzeba o jej istnieniu w ogóle wiedzieć.

Wszystko zmieniło się na początku bieżącego roku, kiedy Miman doczekało się reedycji z jednym bonusowym utworem. No właśnie, premiera była w lutym, a ja piszę ten tekst pod koniec maja, ale wierzcie lub nie, to zamierzony zabieg. Chciałem się przekonać, czy te kompozycje wytrzymają próbę czasu i upewnić się, że moje zachwyty nie są chwilowe. Czy po tygodniach katowania albumu, nie stwierdzę nagle, że było to chwilowe zauroczenie.

Otóż nie, nie było. Dalej twierdzę, że Right Track, Bleeding Faster i Withdraw to jedne z lepszych utworów, jakie słyszałem w tym roku. Oraz jedne z najlepszych jakie słyszałem w tej estetyce w ogóle. Mimam to album, który stawiam na równi obok Abyss i Pain is Beauty Chelsea Wolfe. Ogromną niesprawiedliwością byłoby jednak odbieranie kompozycjom Nicole oryginalności. Owszem, Right Track instrumentalnie brzmi jak wyciągnięty z Abyss, a balladowy Under The Stars mógłby spokojnie znaleźć się na Stridulum Zoli Jesus, ale charakterystyczny głos Sabouné jest tu główną siłą uderzeniową i nadaje utworom własnego, mocnego charakteru. Szwedka ma zupełnie inną manierę śpiewania niż Chelsea, a jej niski głos i twardy akcent bardziej już przypominają słynną Nico. Również melodyka jej wokali jest diametralnie inna.

Miman to chłodny album. Wręcz lodowaty, niczym arktyczne powietrze. Nawet kiedy Nicole tworzy prostą z pozoru piosenkę miłosną, wspomniany wcześniej Under the Stars, to nie ma tu typowego dla pościelówy ciepełka. Tutaj nawet miłość jest zimna. W każdym niemal utworze rządzą syntezatory i sekcja rytmiczna, dominuje cold wave’owy klimat, ale nie można mówić o minimalizmie. Bleeding Faster może być oparty na jednostajnym rytmie, ale to bogaty brzmieniowo utwór. Do tego autentycznie przejmująca partia wokalna Nicole świetnie kontrastuje z prześmiewczo zmodyfikowanym głosem w tle refrenu, imitującym wkurzonego dzieciaka, miotającego obelgami. Po prostu cudo.

Jak też można się spodziewać po tak chłodnym brzmieniowo albumie, nie jest również za wesoło. Miman to może nie muzyka do cięcia sobie żył, jest tu sporo energii, jak w bujającym Rip this World, ale przeważają jednak melodie mocno minorowe. Na przykład genialny Withdraw, gdzie Nicole pokazuje, że nie potrzebuje wcale bogatego instrumentalnego tła, żeby oczarować słuchacza.

Najważniejsze jednak, że każdy kawałek to strzał w dziesiątkę, od kapitalnych melodii, po ciekawe aranże i klarowne brzmienie. No dobra, prawie każdy. Jak wspomniałem, reedycja dostała bonusa w postaci coveru Frozen Madonny. Wszystko byłoby w porządku, bo utwór pasuje do Miman idealnie, ale Nicole niestety nie upilnowała swojego gitarzysty, który wjeżdza od czasu do czasu z zagrywkami ocierającymi się o kicz. Oryginalnie album kończył się na Withdraw i to był faktycznie miażdżący finał.

Jeśli takie artystki jak Chelsea Wolfe, Zola Jesus czy Eliot Sumner są bliskie Waszemu sercu i odtwarzaczowi, to Miman jest płytą, którą musicie sprawdzić.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , .