Novembers Doom – „Hamartia” (2017)

Od pojawienia się dziesiątego studyjnego albumu Novembers Doom minęło już trochę czasu, a w gąszczach Internetu zdążyło pojawić się niemało recenzji tego krążka. Po kilkunastu przesłuchaniach w tę i we w tę, mogę w końcu dorzucić swoje „5 groszy”.

Darzę grupę dużym sentymentem. Dokładnie pamiętam jeszcze moment, kiedy lata temu usłyszałam kawałek otwierający Into Night’s Requiem Infernal. I mimo swoich szczenięcych lat, te dźwięki ujęły mnie na tyle, abym później mogła popłynąć na głębsze wody death/doom metalu i innej „smutnej muzyki”.

Z nowym materiałem zetknęłam się, prawdopodobnie jak większość, przy okazji premiery Plague Bird. Wtedy wywarł na mnie całkiem niezłe wrażenie, aczkolwiek po przesłuchaniu całości spokojnie mogę wskazać pozycje, które o wiele bardziej poruszyły mój zmysł estetyki i słuchu. Przy okazji muszę wspomnieć o aspekcie wizualnym, czyli okładce, która choć różni się nieco stylistycznie od poprzednich, to nadal trafnie wpasowuje się w charakter całego materiału.

Hamartia rozpoczyna się zdecydowanym i miażdżącym ciosem w postaci Devils Light. Jako jeden z cięższych kawałków na płycie prezentuje się naprawdę wybornie. Pomimo melodyjnych riffów na początku, Panowie decydują się dorzucić do pieca i stawiają na dość szybkie tempo, głębokie i niskie growle Paula w całym utworze, ale też bardzo porywające brzmienie perkusji. Pięć minut muzyki ukierunkowanej w bardziej agresywne rejony metalu zaostrza apetyt na dalszą porcję nowego materiału. Innym tego typu mocnym fragmentem na płycie, w którym uświadczymy potężnych growli jest między innymi Apostasy z ciekawym, nieco rock’n’rollowym początkiem i gitarową solówką w stylu A Pale Horse Named Death. Mocniejsze akcenty przynosi także Zephyr i Waves In The Red Cloth – w drugim uwagę przykuwają rytmiczne, wręcz marszowe zwrotki.

Potężnych wokali Paula jest jednak stosunkowo mało. Trochę szkoda, bo w moim odczuciu, zawsze w niepowtarzalny sposób budowały atmosferę i styl, w jakim porusza się zespół. Dlatego chyba przy odsłuchu twórczości z Hamartia nie miałam takich ciar, jak chociażby przy wspomnianym wcześniej Into Night’s Requiem Infernal albo The Pale Haunt Departure.

Niemniej jednak doceniam też to bardziej refleksyjne oblicze Novembers Doom, stąd bardzo mocno ujął mnie kończący całość Borderline. Najdłuższy, ale też jeden z ciekawszych pod względem kompozycji utworów na albumie, który idealnie odzwierciedla to, co w muzyce grupy lubię – stonowane tempo, rozwijające się w trakcie trwania i kończy agresywniejszym brzmieniem. Jeśli miałabym wskazać inną kompozycję utrzymaną w tym klimacie, to byłoby to zdecydowanie Ghost.

Hamartia to dziesięć spójnych i wyważonych kompozycji. Nie jest to materiał przełomowy, bez szczególnych fajerwerków, ale utrzymany na przyzwoitym poziomie. Myślę, że znaczna część fanów grupy będzie w dużym stopniu usatysfakcjonowana. Amerykanie stawiają przede wszystkim na refleksyjność, choć na szczęście nie zabrakło mocniejszych akcentów (oszczędnie, ale są). Bardzo dobrze balansują pomiędzy tymi dwoma klimatami. Jednocześnie w większości przypadków korzystają ze sprawdzonych patentów i nie jest to tutaj niczym karygodnym.

Ocena: 7,5/10

Marta (Kometa)

Marta (Kometa)

Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej.
Chwalę i krytykuję płyty, piszę koncertowe opowieści.
Marta (Kometa)

Tagi: , , , , , , .