Nyctophilia – “Dwelling in the Fullmoon Light” (2017)

Nyctophilia to jednoosobowy, rodzimy projekt, skrywający pod niezbyt czytelnym logiem pseudonim niejakiego Pana Griefa. Projekt ów narodził się w głowie krakowianina w roku 2014 i do tej pory w jego ramach zrealizowano dwa albumy długogrające, trzy EPki, dwa single, dwa splity i jedno demo. Jak na trzy lata działalności to całkiem pojazdy dorobek. Postanowiliśmy więc wziąć próbkę z tego morza atmosferyczno-depresyjnego black metalu i sprawdzić, czy warto jest zagłębić się w odmętach twórczości Nyctophilii.

No więc po pierwsze, spieszę z informacją, że w rodzimym wydaniu ów atmosferyczno-depresyjny black metal to nieciągnące się w nieskończoność zapętlone zlepki riffów, które powtarzane niczym mantra i okraszone brudnym wokalem miałyby przyprawić słuchacza o zawrót głowy. Na Dwelling in the Fullmoon Light jest inaczej.

Album składa się z 8 kawałków, trwających niemiłosiernie długie czterdzieści osiem minut i trzydzieści siedem sekund. I nie chce być inaczej. Co prawda melodyka jest całkiem żwawa, a miejscami nawet nawalnie szybka, ale niestety żaden z utworów nie ujmuje za serce. Konstrukcje kompozycji raczej niezbyt skomplikowane, riffy proste, linie perkusyjne także bez fajerwerków, a wokal klasyczny dla tego gatunku, szkoda tylko, że podobnie jak warstwa melodyczna również płaski i bez wyrazu.

Nie ma na tym albumie myśli przewodniej, nie ma ciekawych aranży, a przede wszystkim nie ma atmosfery i klimatu, które powinny być kluczowym i podstawowym elementem płyty tego gatunku. Ech…

Nie zrozumcie mnie jednak jednoznacznie źle – Grief potrafi uderzyć w struny (i to całkiem logicznie), potrafi przywalić w perkusję (i to całkiem szybko) i potrafi również zagrowlować. Na swoim albumie potrafił nawet odtworzyć klimat, który mgliście przypomina mi początki działalności Burzum i Darkthrone. Ale po pierwsze, wspomniani Panowie zrobili to znacznie, znacznie lepiej. Po drugie, to już raz było, i odgrzanie kotleta w sposób inny niż wirtuozerski jest z góry skazany na niepowodzenie. A po trzecie, nie ma w tej muzyce tego życia, tej wściekłości i tego buntu, którym żywił się black metal z czasów norweskiej ofensywy.

Na zakończenie podsumuję tak: dla wąskiego grona zapaleńców jest to pozycja do wstawienia na półkę. Cała reszta towarzystwa może płynnie przejść do kolejnej recenzji.

Ocena 5/10

 

Latest posts by Maciek Masta (see all)

Tagi: , , , , .

  • LDB

    Tyś jest kurwa, a nie recenzent. Tyle w temacie.

    • pietrov

      tak to jest jak artysta nie akceptuje krytyki

      • Filip Gałka

        Artysta w tym wypadku jestem ja, mialem sie nie odzywac, chociaz nie wiem czy ten recenzent wogole ma pojecie o black metalu 😉 Recka spoko ostatnie zdanie dobrze sumuje ” dla wąskiego grona zapaleńców jest to pozycja do wstawienia na półkę”

        • pietrov

          z tego co widzę i czytam, to pojęcie ma, bo recenzuje tylko i wyłącznie black i nigdy zarzutu to żadnych jego recenzji nie miałem, to tylko i wyłącznie moja opinia

    • pietrov

      Kejos dał niewiele więcej, przypadeg?