Octopussy – „Dwarfs & Giants” (2017)

Jestem hedonistą. A właściwie staram się nim być, życie w społeczeństwie wcale tego nie ułatwia. Ale generalnie lubię, jak jest mi dobrze. Lubię być najedzony, lubię, jak jest mi ciepło i wygodnie, lubię być w dobrym humorze, a pomaga w tym na przykład rozsądnie dozowany alkohol. Lubię też jak ktoś mnie dobrze traktuje, jest dla mnie miły, dba o mnie. Wtedy staram się odwdzięczać tym samym. Dziś zatem mam okazję odwdzięczyć się dyszką gdyńskiemu Octopussy za to, że ich nowa płyta Dwarfs & Giants bardzo dobrze mi robi na serduszku i poprawia nastrój nawet lepiej niż wóda, bo upić się można na smutno, a przy nowym krążku Octopussy jakoś nie mogę się smutać, bo jest taki kurwa fajny!

Jeśli nigdy o Octopussy nie słyszeliście, to macie w łeb. Choć wydali oni wcześniej zaledwie jednego długograja i nie byli jakoś bardzo aktywni koncertowo, to mimo wszystko jakość tworzonej przez nich muzyki powinna przebić się przez waszą ignorancję. Na dodatek zespół dostarczył organy, przepraszam, członków, na przykład do Blindead – w obu zespołach gra perkusista Konrad Ciesielski, a przez zespół przewinął się też Jan Galbas, który swojego czasu przewodził Octopussy, a przy okazji gra jeszcze w Ampacity, no i umówmy się, jest dość ważną postacią miejscowej sceny. Ale w Octopussy już go nie ma – w porównaniu ze składem, który w 2013 roku wypuszczał album Octopussy zaszły dwie zmiany, obie zresztą w następstwie Galbasa. Na gitarze zastąpił go Michał Banasik, na wokalu Jan Babiński. Jak to wpłynęło na zespół? W zasadzie nijak – Octopussy byli zajebiści i tak zostało (a Galbas dalej się przy zespole kręci, bo odpowiadał za miks i mastering nowej płyty – wygląda na to, że raz w Octo, zawsze w Octo).

Dwarfs & Giants to kawał przezajebistego rocka. Jeśli poszukujecie jakiejś miejscowej ekipy, która udowodni wam, że nie trzeba być Clutch, żeby być fajnym, i że można grać swobodniej i na większym luzie niż Spiritual Beggars, to właśnie ją znaleźliście. Octopussy z gracją i swobodą przelatują przez hard rocka i okolice, startując rzecz jasna w południowym bluesie, którego odnajdziecie w praktycznie każdej aranżacji, robiąc kółka nad stonerem (Dwarfs & Giants) i kołując nawet nad funky (Bring Me the Light), zahaczając nawet o taką bardziej tradycyjnie pojmowaną alternatywę (Hourglass), a nawet lounge (The Search). Gdziekolwiek się nie pojawią, rozsiadają się na chwilę z gracją, jakby byli tam od zawsze. Niezależnie od tego, jaki element postanowią wciągnąć do piosenki, robią to tak, jakby to była najnaturalniejsza rzecz, jakby inaczej po prostu się nie dało. Dzięki temu album od początku do końca jest spójny i pozbawiony nawet cienia fałszu. Pojawiające się tu i tam slajdy na gitarze jedynie umacniają płytę w pewnym kontekście stylistycznym, w którym też świetnie odnajdują się unoszące się nad całością klawisze i tętniąca perkusja. Rewelacyjny debiut z Octopussy zalicza też Jan Babiński, który śpiewa jakby od niechcenia, bez spiny, a jednocześnie czyściutko i totalnie w klimacie. Często przejmuje swoimi partiami rolę tego, który ma skupiać uwagę, wychodzi przed szereg melodiami, które nie są jakieś zaskakujące, bo i cała muzyka Octopussy nie jest odkrywaniem prochu na nowo, ale są za to przyjemne i angażujące słuchacza.

Album zaczyna się od singlowego Birdman, który to jest świetnym numerem, ale jednocześnie zaledwie wstępem do popisu wyobraźni i muzycznej elokwencji, jaka następuje później. Octopussy na Dwarfs & Giants nie kalkulują, a po prostu dają się ponieść, dzięki czemu i słuchacz zostaje w muzykę wciągnięty jak w bagno. Podobnie jak na poprzednim krążku szalenie mocnym elementem nowej płyty pozostaje przebojowość, ale ujęta w takim starym, dobrym stylu, rzekłbym – przebojowość z klasą. Zamiast banalnych radiowych melodyjek, które są tak wkurwiające, że nie ma bata, żeby nie wpadły w ucho, Octopussy proponują lekkie przebiegi, swingujące riffy i niezbyt przesterowane brzmienie, które pozwala im na wyciągnięcie z piosenek jeszcze większej dynamiki. Na dodatek, jakby się tak zupełnie zabrać za rozbieranie numerów z Dwarfs & Giants na części pierwsze, to okazałoby się, że wcale nie są jakieś bardzo skomplikowane, ale są za to zagrane z pomysłem i smakiem. Octopussy to zatem najlepszy dowód na to, że żeby zrobić wrażenie na słuchaczu wystarczy czasem zagrać umiejętnie i z serduchem cztery nuty, zamiast bezcelowo masturbować się po całym gryfie w tempie sprintu Kamila Grosickiego. Wygląda więc na to, że Gdynia jest polskim Nowym Orleanem, a Polacy też umieją w rock’n’rolle i nie muszą tego robić z zaciśniętymi pośladami.

Z czystym sumieniem polecam Wam Dwarfs & Giants. Serio, niezależnie od tego, czy na co dzień macie przybite do potylic kaptury i nie widzieliście światła dziennego od czasu debiutu Mgły, bo słuchacie tylko undergroudowego black metalu, czy macie muzyczne anteny nastawione też na inne rejony stylistyczne. Jeśli tylko, jak ja, staracie się robić sobie dobrze, to ta płyta będzie wam odpowiadać. Jeśli zaś nie chcecie robić sobie dobrze to wróćcie czym prędzej do swoich samotni na pustyni i nie przeszkadzajcie mi w delektowaniu się rock’n’rollem.

10/10

 

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Latest posts by Jakub Milszewski (see all)

Tagi: , , , , .