Ols – „Mszarna” (2018)

Zastanawiam się, jak się znalazłem w obecnej sytuacji. Zamiast słuchać wściekłego grindcore’u albo nakręcać się na nowy krążek Skinless, słowem, zachowywać się jak porządny sierściuch, myślę, jak najlepiej będzie przelać na cyfry emocje. Znalazłem je na nowej płycie Ols w ilości dużo większej, niż na niejednej dyskografii.

Mszarna jest drugim albumem rzeczonego projektu. To pięćdziesiąt minut podzielone na sześć utworów muzyki, którą najlepiej byłoby nazwać neofolkiem. Jeżeli na sam widok słowa „folk” dostałeś spazmów spowodowanych wyobrażeniami jurnej potupanki na akordeon i dwa akordy, to się mylisz. Ols to zupełnie coś innego.

Na początku wspomniałem o emocjach, gdyż to one są sednem tej płyty. Przez cały czas trwania nie znikają ani na chwilę, nie wydają się też słabnąć. I o ile słuchacza oczywiście też w pewien sposób dotykają, to głównie piszę tutaj o uczuciach autorki. Mszarna brzmi jak projekt, w który włożono całe serce, który jest nasiąknięty osobowością muzyka i który na pierwszym miejscu powstał jako dzieło, a dopiero daleko później jako coś do dzielenia się ze światem. Po prostu żyje. To największa jego zaleta. Każdy kolejny utwór ma swój osobny klimat, zależny od poruszanej treści. Zimowa faktycznie jest „zimowa”. To znaczy, jasna, chłodna, w pewien sposób się skrzy, szczególnie na początku. Wiedźmowa posiada trudny do uchwycenia słowem nastrój jednoczesnej mistyki i skrytej radości. Miniona tchnie melancholią a moja ulubiona Roślinna za każdym razem zaskakuje mnie wdzięcznością. Brzmi jak dziękczynna modlitwa, mam nawet wrażenie, że znam oryginalną pieśń, do której nawiązuje. Ale może to być tylko wrażenie spowodowane magią Mszarnej.

Atmosfera ta budowana jest zarówno przez teksty, jak i przez dźwięki. Te pierwsze brzmią bardzo osobiście oraz nowocześnie. Nie ma tu archaizmów, które sugerowałaby większość instrumentarum, nie ma błahych i prostych rymowanek o chwale dla Odyna czy innego Twaroga. Prześwituje z nich współczesny człowiek i umiłowanie natury. Natomiast muzyka opiera się głównie na wokalu. Cudowne, wielogłosowe harmonie tworzą piękny podkład dla fenomenalnego śpiewu prowadzącego. Dodatkowo urozmaicone to jest kapitalnym backgroundem. Flety, fortepiany, gitary, skrzypce, kotły i tak dalej, wszystko użyte z wyczuciem i smakiem. Ani razu nie odczułem poczucia niedosytu dźwięków, ani podczas weselszych, prawie tanecznych części, ani przy spokojniejszych fragmentach. Dodajmy, że za (prawie, z pominięciem gościnnego udziału Zagreusa z Jarun) wszystko odpowiada autorka, Anna Maria Oskierko.

Wychwaliłem Ols już z każdej możliwej strony, niemniej muszę też wypisać kilka uwag. Najpoważniejsza dotyczy schematyczności utworów. Większość bazuje na tym samym szkielecie, i choć klimat znacząco się różni, budowa, szczególnie końcówek, zostaje bardzo podobna. Zakończenia te, jakkolwiek obłędnie by nie brzmiały, są zwykle zbyt długie, co w praktyce oznacza o x za wiele razy powtórzoną sekwencję. W ogóle, mam wrażenie, że motywy są tu zbyt często wykorzystywane, przeciągane. Bazują na prostych melodiach i w pewnym momencie może nie nużą, ale na pewno tracą część czaru. Tylko Ja, Olcha non stop się rozwija i zmienia. Choć w niektórych momentach płyta nawiązuje do swoich wcześniejszych części, to jednak nie można użyć tego jako usprawiedliwienia.

Nie zmienia to jednak faktu, że Mszarna to piękny, magiczny album. Żywy, prawdziwy, oryginalny. Za długi na mój gust, niemniej wciągający. Z rodzaju tych, których wady zauważasz, ale i tak go uwielbiasz. Bardzo doceniam i bardzo polecam.

Ols na Facebooku

Ocena: 9/10

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .