Omega – “Eve” (2017)

Mam taki innowacyjny pomysł, żeby ustawowo zakazać nazywania dwóch lub więcej zespołów z tą samą nazwą. Takie kapele wprowadzają tylko zamieszanie, budzą niepotrzebne skojarzenia i w ogóle. Już mam jeden poważny problem z Shining. A teraz jeszcze Omega

Co prawda wkładając do odtwarzacza debiutancki krążek włoskiego kwartetu Omega, nie podejrzewałem, że usłyszę jakąś nową wersję Dziewczyny o Perłowych Włosach, niemniej jednak myśli nakierunkowały się w zasadzie same. No bo przecież tamta Omega… tamte czasy… ech…

Tu jest inaczej. Ciężkie, prawie że doomowe granie nie ma nic z węgierskiego… protoplasty. Do tego długie, powtarzające się w nieskończoność frazy potęgują uczucie tej ciężkości. Wokal nie dominuje, jest nieco schowany, jakby zagubione dusze złoczyńców wyły do słuchacza z otchłani niebytu. Toż to nawet bas jest bardziej wyeksponowany na tym krążku. A zabieg ten jeszcze bardziej potęguje uczucie ciężkości, zwłaszcza że partie gitar grzechoczą tak bardzo, jak jest to chyba możliwe.

Nieco lekkości i wymaganego minimum oddechu wprowadzają intra i outra w każdym niemal utworze, ze szczególnym uwzględnieniem intra w utworze ostatnim, które to brzmi wyjątkowo opętańczo i złowieszczo. No i uwagę zwraca ciekawa konstrukcja przedostatniego utworu Mater. Chociaż z drugiej strony tu też mi trochę jedzie Candlemassem.

Album został wydany przez włoską wytwórnię Dusktone i zawiera 4 kilkunastominutowe kawałki, równe pod względem długości, jak i klimatu. Spójne, ciężkie, monotonne i lekko przerażające. Trochę usypiające, ale jako tło na długie jesienno-zimowe wieczory w sam raz.

Gdyby te prawie 60 minut muzyki chcieć streścić w czterech słowach (a da się) to bym powiedział tak: poprawnie, ale bez polotu.

Ocena 6,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , .