Only Sons – „Love, Drugs, Treachery and Deceit” (2018)

Jeśli chcesz sobie sprawdzić, z czym daną kapelę się je, zanim jeszcze odpalisz jej płytę, a zupełnie przy okazji zdarzyło ci się być mną, robisz mały, prościutki research:

  • wchodzisz na Last.fm (ktoś poza mną jeszcze tego używa?), odnajdujesz zespół i przeglądasz dział „Similar Artists”lub
  • wyszukujesz kapelę na Spotify, o ile tam jest, przeglądasz co wyskakuje w radiu zespołu oraz dziale „Inni lubią też” czy jak to się tam teraz nazywa.

W przypadku krakowskiego Only Sons metoda numer 1 spaliła na panewce, bo kapelę dokleiło do jakiegoś innego ansamblu nazywającego się The Only Sons i dupa. Metoda numer 2 też nie okazała się zbyt efektywna. W podobnych wyrzuciło mi wszystko: od Death Denied (które jest w niedalekich stylistycznie okolicach), przez The Stubs, Red Scalp i Sunnatę (chyba dlatego, że członkowie zespołów się znają), po Blaze of Perdition, Voidhanger i Redemptor. Radyjko wypluło z siebie na dzień dobry zbliżone Orange Goblin i Turbowolf, a potem Tribulation, Batushkę i The Crown. Za ten stylistyczny bezsens odpowiadają rzecz jasna skrypty, a po części także i ty – im mniej słuchaczy, tym mniej danych, z których skrypty mogą ulepić coś sensownego. Niech ta recenzja debiutanckiego albumu Krakusów Love, Drugs, Treachery and Deceit naprostuje ten miszmasz.

Only Sons przynoszą nam bardzo sympatyczną, melodyjną miksturę heavy metalu z southern metalem. Sęk w tym, że w odróżnieniu od całej masy zespołów, które chciałyby być drugim Down, od Love, Drugs, Treachery and Deceit nie jebie fałszem, sztucznie pompowanymi bicepsami i tribalami wytatuowanymi na zwisłych bicepsach. Zamiast pozerstwa jest muzykalność. Only Sons nie okopują się zatem w jakichś z góry założonych stylistycznych ramkach i jeśli chcą zrobić kroczek w inną stronę, to go po prostu robią. Nie oznacza to też, że jednak, że mamy tutaj do czynienia z jakimś poklejeniem wszystkiego ze wszystkim w stylu Twelve Foot Ninja. Only Sons lawirują po okolicznych gatunkach. Płyta zaczyna się od 30 Silver Coins odpalonego na ciągnących się a’la Jerry Cantrell gitarach, czasami skręca w charakterze w klimaty Orange Goblin albo Alabama Thunderpussy albo jeszcze dalej na pustynię. Hasłem przewodnim wydaje się być jednak nie podróżowanie po stylistykach, a piosenka – to ona każe rozglądać się dookoła i dobierać to, co pasuje, bez zastanawiania się skąd pochodzi. Only Sons lubią sobie na przykład skorzystać z melodyki wypracowanej przez pana Anselmo w Battered by the Hand of God czy doomowym River of Waste, ale jeśli w jakimś miejscu usłyszycie wczesne Soundgarden, Spiritual Beggars albo Corrosion of Conformity to nikt was o głuchotę nie posądzi. Te ciężarowe i wolnawe inklinacje co chwilę rozrzedzane są małą jatką, bo w prawie każdym numerze zespół postanawia posiekać na dwie stópki. Te momenty przypominają mi o muzycznej efemerydzie w postaci Hellectricity, która w swojej krótkiej egzystencji na takich właśnie fragmentach bazowała. A jeśli chcecie ostatecznego dowodu na to, że Only Sons wiedzą, co robią, to na koniec czeka na was jeszcze świetna ballada Song for M, a nagrać dobrze bujającą balladę, przy której przeciętny metaluch nie porzyga się tęczą, to sztuka.

Epeczka Love, Drugs, Treachery and Deceit łącznie oferuje około 20 minut muzyki, ale za to bardzo przyjemnej. Wszytko – od kompozycji, przez wykonanie, na produkcji kończąc – jest na bardzo dobrym poziomie (za produkcję odpowiada zresztą Satanic Audio, więc z góry wiadomo, że chujni nie uświadczymy). 20 minut lektury płyty uciekają bardzo szybko, ale nie jest to czas stracony. Nie nudzę się przy tej muzyce, frajdę sprawiają mi zarówno te klasyczne heavy metalowe przyspieszenia, jak i te wszystkie wolniejsze i cięższe momenty, w których zespół pływa po grunge’u, stonerze, doomie swobodnie jak Michael Phelps w przydomowym baseniku. Nie ma dłużyzn, nic się nie powtarza i nie mieli w nieskończoność. Only Sons brzmią pewnie, jakby pozbierali do jednego koszyka te wszystkie swoje inspiracje, a następnie wyekstrahowali samą esencję, w konsekwencji szastając pomysłami, które nie są może jakieś tam znowu odkrywcze, ale są zajmujące, dobrze wysmażone i ładnie podane. Love, Drugs, Treachery and Deceit to bardzo przyjemny i obiecujący debiut kapeli, która niniejszym wchodzi do mojej muzycznej świadomości może nie z framugą, ale na pewno bez kompleksów.

 

Only Sons na Facebooku

9/10

 

Sprawdź też:

Death Denied, Dante, The Black Thunder, Blacksnake, The Heavy Clouds, Black Label Society

Jakub Milszewski

Jakub Milszewski

W tradycyjnych mediach obecny od 16-tego roku życia. Pisał już o wszystkim, więc nic już go nie ekscytuje. Na co dzień publikuje w "Top Guitar", Kvlt.pl i Anywhere.pl. Połowa duetu stojącego za książką "Gastrobanda".
Jakub Milszewski

Tagi: , , , , , .