Paradise Lost – „Medusa” (2017)

Z każdym kolejnym albumem Paradise Lost przechodzę niemal identyczną drogę. Najpierw mam ogromne obawy, potem pierwsze przesłuchania zdają się je potwierdzać, a następnie stopniowo wsiąkam w nowe kompozycje smutnych panów z Halifax. Z Medusą było podobnie, z jednym zastrzeżeniem – tym razem faktycznie mnie zaskoczyli.

Tak się składa, że wszelkie zapowiedzi muzyków, że nowy album ma być surowy i ciężki zawsze traktuję jako typową gadkę ludzi nieco jeszcze pijanych sesją nagraniową. Tymczasem Medusa to faktycznie kawał gęstego i ciężkiego doom metalu, przytłaczającego i raczej nie dającego szans na miłość od pierwszego wejrzenia. Ale jeśli tylko dacie mu trochę czasu i wykażecie nieco poświęcenia, to nie powinniście żałować.

Kawałki proste i przystępne są tu tylko dwa, oba singlowe. The Longest Winter to doskonały przykład równowagi między nienachalną, pięknie melancholijną melodią kreowaną przez wokal Holmesa, a doomowym ciężarem. Tego wyważenia czasem na przestrzeni lat Anglikom brakowało, czego skutkiem były albo dość przaśne melodyjki, albo średnio zapamiętywalne kompozycje. Ostatnie albumy z Tragic Idol na czele były dowodem coraz większej dojrzałości zespołu i doskonale czuć to na tym singlu. Brzmienie gitary Mackintosha to absolutne mistrzostwo. Z kolei Blood & Chaos to jawne odwołanie do takich hiciorów z dawnych lat jak Widow czy Pity the Sadness. Tyle tylko, że tym razem obyło się w bez ocierania o autoplagiat, co miejscami miało miejsce na poprzednim The Plague Within. Drugi singiel to jedyna szybka kompozycja na albumie, dynamiczna, z chwytliwym motywem granym przez Mackintosha i agresywnymi wokalami Nicka Holmes’a.

No właśnie, wokale. Holmes zaczął śpiewać jak za dawnych czasów, albo i lepiej. Już na poprzednim albumie growle powróciły do łask, ale tutaj stanowią większość partii wokalisty, wypadając równie potężnie co naturalnie.

Reszta Medusy to już powrót w złote dla doom metalu wczesne lata dziewięćdziesiąte. Muzycy wspominali, że kierunek prac nad Medusą wyznaczył Beneath Broken Earth nagrany na poprzedni album, najwolniejszy i najcięższy utwór w dorobku grupy. Słuchając majestatycznego Fearless Sky nie sposób wątpić w ich słowa. Masywna, powolna kompozycja bliższa nawet stylistycznie kolegom z My Dying Bride niż wcześniejszym dokonaniom grupy. Nieliczne czyste wokale przeplatają się z growlem, pojawia się nagła zmiana tempa – doskonałe rozpoczęcie płyty. Perełką jest też utwór tytułowy, prowadzony przez kapitalny wokal Holmesa, będący gdzieś na granicy śpiewu z deklamacją i ociekający klimatem. Pojawiają się klawisze, ale w końcu są one subtelne i schowane, a nie walące po uszach jak w jakimś podrzędnym gothic metalowym zespole.

Kolejna rzecz zapisująca się na plus to gra nowego perkusisty. Walterri Vayrynen wykonuje kapitalną robotę, bębniąc ciekawie, mądrze i doskonale „czując” grę zespołu. Właśnie kogoś takiego brakowało za perkusją podczas nagrywania Icon czy Shades of God.

Niestety są na tym diamenciku również i skazy. Zarówno From the Gallows, jak No Passage for the Dead są zapychaczami, które nużą mnie ledwo co się zaczną i żadna ilość odsłuchań tu nie pomogła. Tyle dobrego, że są to dosyć krótkie utwory, jednak patrząc przez pryzmat całego albumu, który również do najdłuższych nie należy, bolą one podwójnie.

Po ostatnim The Plague Within obawiałem się, że zespół rozpaczliwie próbując wrócić do czasów dawnej chwały zacznie gryźć własny ogon. I chociaż na Medusie absolutnie nic nowatorskiego nie znajdziecie, to przecież nie o to tu chodzi. Rzecz w tym, że Paradise Lost w końcu nagrali doskonały, dojrzały i klimatyczny album nawiązujący do klasyki gatunku, który sami pomogli tworzyć.

Ocena: 8/10

Mikołaj
Mikołaj

Latest posts by Mikołaj (see all)

Tagi: , , , , , , , .