Perturbator – „New Model” (2017)

Bardzo często po nagraniu wybitnie dobrego albumu, muzycy popadają w głęboki samozachwyt. Jednym z jego objawów bywa przeświadczenie, że mogą w kółko nagrywać bliźniaczo podobny materiał i zawsze będzie on trzymał jakość poprzedniego wydawnictwa. Zazwyczaj nie trzyma, lecz to już osobna sprawa. I naprawdę szalenie miło jest zobaczyć muzyka, który wie, kiedy zacząć odrywać się od przeszłości i rozpocząć podróż w nieco innym kierunku. Czasami taka decyzja kończy się średnio strawnym eksperymentem, ale czasem od razu dostajemy perełkę. Nowa epka od Perturbatora stanowczo należy do tej drugiej kategorii.

Z początku New Model może wydawać się chaotyczne i niepoukładane, ale to jedynie pierwsze wrażenie, bo w tym elektronicznym szaleństwie jest metoda. Nie da się ukryć – jeśli oczekujemy radosnych melodyjek odsyłających nas na dyskoteki z lat osiemdziesiątych, to nie mamy tu czego szukać. To jest najcięższa, najbrudniejsza i najbardziej agresywna odsłona Perturbatora. Trudno oprzeć się wrażeniu, że James Kent zaczął dusić się w oldskulowych synthwave’owych klimatach i musiał to jakoś odreagować, a tak się szczęśliwie składa, że efekt jest znakomity. O ile wcześniejsze albumy Francuza można było sobie spokojnie nastawić, żeby przygrywały w tle, o tyle New Model jest tak złożony, że wymaga stałej i niepodzielnej uwagi. Wystarczy przyjrzeć się otwierającemu Birth Of The New Model, najszybszemu Tainted Empire czy udostępnionemu sporo wcześniej Tactical Precission Disarray. Liczne zmiany tempa, setki pomysłów, miliony smaczków, a jednak jeśli damy tym utworom nieco czasu, to okaże się, że nie są ani przeładowane ani chaotyczne. Czy może nawet lepiej – chaos jest, ale mistrzowsko opanowany i zamknięty w bardzo konkretnej formie. Brudnej, mrocznej i klimatycznej niczym w najlepszym horrorze sci-fi.

Niezwykle interesującym akcentem jest Vantablack – pojawia się tu rzadki dla Perturbatora męski wokal, a utwór jest doskonale niejednoznaczny i przeskakuje między skrajnymi nastrojami – od pozornie prostej pościelówy, po coś dużo groźniejszego. Do tej pory Kent zapraszał przeważnie do swoich kompozycji wokalistki i mieliśmy do czynienia często ze świetnymi utworami, ale jednak zwykle jednowymiarowymi – sympatycznymi, przesyconymi erotyzmem chilloutami. Vantablack to chwilowy odpoczynek od aranżacyjnych szaleństw na New Model, ale też mocno niepokojący utwór. Podobnie w pewnej opozycji do reszty materiału stoi doskonały Corrupted By Design, gdzie wyjątkowo zamiast dzikiej mnogości dźwięków i pomysłów rządzą minimalizm i surowość, a mocny transowy początek zgrabnie przechodzi w wyciszone zakończenie. Jedynie zamykający God Complex może słuchacza przerosnąć, bo ta długa i monumentalna kompozycja ma w sobie wszystko, co do tej pory na New Model już słyszeliśmy, ale momentami chaos aranżacyjny jakby bierze górę. Mimo to utwór robi kolosalne wrażenie i jest potężnym zakończeniem świetnej epki.

Perturbator zrobił najlepszą rzecz, jaką tylko mógł. Wydane półtora roku temu nakładem Blood Music doskonałe The Uncanny Valley było ukoronowaniem jego dotychczasowego stylu – dużo więcej i lepiej już się na tym polu powiedzieć nie dało, trzeba było zacząć eksplorować nieco inne rejony. Zaś o formacie artysty najlepiej świadczy fakt, że pomimo tak wielu zmian, już od pierwszych dźwięków słychać, że to Perturbator. Nowy, lepszy model.

Ocena: 9/10

Mikołaj
Mikołaj

Latest posts by Mikołaj (see all)

Tagi: , , , , , , .

  • pony

    Uncany Valley było słabe i wybitnie wtórne. Dangerous Days to najlepszy materiał Kenta, zaś UV to ten wspomniany na początku „podobny materiał”, tyle że taki dla dziewczynek. Na New model poszalał i opinie są podzielone, dziewczynkom się już nie podoba. Miło słyszeć, że po tej plamie z zeszłego roku powrócił na dobre tory. Oby poszedł za ciosem.